piątek, 30 grudnia 2011

Czy czytanie książek zanika?

Wczoraj na Facebooku moją uwagę przykuła inicjatywa 52 książki . Zaciekawiona postanowiłam bliżej jej się przyjrzeć. Okazało się, że głównym założeniem jest przeczytanie 52 książek w ciągu roku. Czyli jednej tygodniowo.

Szybko zaczęłam rozglądać się po półkach, zastanawiając się ile książek sama przeczytałam. Doszłam do wniosku, że dużo. Książki to mój nałóg. Kupuję mnóstwo i dużo czytam. Owszem, zdarza mi się nie czytać przez dłuższy czas, ale gdy wpadam w cug, pochłaniam nawet po jednej książce dziennie. 

Zawsze czytałam dużo, ale od dłuższego czasu pochłaniam głównie fantastykę we wszelkiej postaci. A owa miłość została we mnie zaszczepiona przez męża, który 9 lat temu podsunął mi do przeczytania wiedźmińską sagę Andrzeja Sapkowskiego. 



Do tego dochodzi mitologia, którą często wykorzystuję na Bajkowym Zakątku. A ostatnio narodziła się we mnie mania książek kucharskich. Lubię pichcić praktycznie od zawsze, a w ostatnim czasie mam potrzebę eksperymentowania w kuchni, więc tego typu pozycje są jak znalazł. 

Jednocześnie zaczęłam słuchać audiobooków. "Ostatnie życzenie" Sapkowskiego to prawdziwe słuchowisko, "Ogniem i mieczem" też słucha się bardzo przyjemnie. Ale już sławetny "Zmierzch" czytany przez Annę Dereszowską wydaje mi się mdły i nijaki, ale może to wynika również ze specyfiki tej książki. 

Mimo wszystko uważam, że nic nie zastąpi tego zapachu drukarskiej farby, gdy otwiera się książkę po raz pierwszy. Tego szelestu kartek. Wracania do ulubionych książek nawet po wielu latach. A także tego, że mogą stać się niezwykłą pamiątką.

Kilka lat temu dostałam od swojej Babci kilka książek. I mimo, że nie mają ani okładek, ani wielu kartek, są dla mnie bardzo cenne. 


Co najmniej jedna z nich została przywieziona z USA przez mojego prapradziadka na Kresy, gdzie wówczas mieszkali. Rodzinna opowieść mówi, że podczas podróży powrotnej, na statku ograno go w karty ze wszystkich pieniędzy i w rezultacie zza oceanu przywiózł ze sobą tylko książki. Nie mam pojęcia ile w tym prawdy, ale fajnie znać takie historie :)


Patrząc na daty wydania książek, prawdziwym skarbem będą dla naszych Córeczek - wydane blisko 100 lat przed ich narodzeniem.


Osobiście uważam, że czytanie książek zdecydowanie zanika. Zwłaszcza wśród ludzi młodych, którzy wiecznie nie mają czasu, są zabiegani w dzisiejszym pędzącym świecie i wciąż pojawiających się technologiach. Dlatego podoba mi się inicjatywa 52 książki. Postanowiłam, że sama zrobię specjalną listę, na którą będę wpisywać to, co przeczytałam. Dziś znalazła się na niej pierwsza pozycja - "Zapach spalonych kwiatów" Melissy De La Cruz. Książka, która całkowicie mnie zaskoczyła i po przeczytaniu której znowu wylądowałam w mitologii nordyckiej. Swoją drogą - do szału doprowadzają mnie niektóre polskie tłumaczenia tytułów!

Podsumowując: czytajcie! Bo z czytaniem jest tak, jak z podróżowaniem - co zobaczysz i co przeczytasz, to twoje i nikt nie będzie w stanie ci tego odebrać.

czwartek, 29 grudnia 2011

Międzyświąteczna bieganina i wesoły Mikołaj

Okres między świętami, a Nowym Rokiem zazwyczaj bywa czasem spokoju. Ludzie wyjeżdżają na urlopy i zaczyna się ogólna senność/ospałość. Niestety u mnie jest zupełnie inaczej. Mam coraz więcej biegania, załatwiania, niespodziewanych okoliczności i co za tym wszystkim idzie stresu.

Jeżeli macie podobnie w ramach wyluzowania proponuje posłuchanie wesołego Świętego Mikołaja grającego na saksofonie :)


Co prawda już po "świętach", ale Mikołaj jest na tyle fajny, że postanowiłem się nim podzielić.

wtorek, 27 grudnia 2011

Wino malinowe - etykiety

Późnym latem, gdy w sezonie na maliny zaopatrzyliśmy się w spory zapas różnego typu przetworów z tych owoców. Przy okazji postanowiłem nastawić wino malinowe.  Z czystego lenistwa postanowiłem wykorzystać do wyciśnięcia soku sokownik. Musze przyznać, że efekt wyszedł całkiem niezły. Wino ma piękny, głęboki odcień czerwieni i przede wszystkim jest krystalicznie przejrzyste.

W święta tato zmotywował mnie bym w końcu zlał wino z butli do butelek I dziś się za to zabrałem. Nie zostało tego wina za dużo, gdyż w czasie produkcji trochę z Domi go degustowaliśmy :)

Dla zainteresowanych przepis:

1/2 10l butli soku z malin "ekologicznych" (sok z 8l sokownika z dodatkiem 1kg cukru + 1l surowego soku, który wytrącił się w misce z owocami)
1l wody wymieszany z 1kg cukru
drożdże winiarskie (matka drożdżowa)
pożywka dla drożdży

Wino ładnie fermentowało i po tym w miarę szybko się wyklarowało. Jednak przy pierwszej degustacji (po ok 8-9 tygodniach) stwierdziłem, iż jest ono nieco zbyt wytrawne i postanowiłem dodać nieco cukru. W tym celu sporządziłem mieszankę z 1/2l wody i 1/2kg cukru i dodałem to do nastawu. Oczywiście wzbudziło to dodatkową fermentację, ale tak jak poprzednio zakończyła się ona szybko i wino znów się wyklarowało. Po ok. miesiącu czyli dziś zlałem wino do butelek.

Przy okazji przygotowałem specjalne etykiety na moje domowe wino malinowe.


Winko ma też swoje miejsce do leżakowania. Nowiutki stojaczek na wino - MADE IN IKEA :P


A tak się prezentują etykiety na butelkach.

czwartek, 22 grudnia 2011

Kutia - kresowa potrawa wigilijna

Moja rodzina ma swoje korzenie na Kresach, czyli terenach należących do dzisiejszej Ukrainy. To właśnie stamtąd, "zza Buga" jak mówi moja Babcia, wywodzi się tradycja przyrządzania na wigilijną wieczerzę kutii.

Jest to potrawa typowo wschodnia, a jej zachodnią granicę stanowiła kiedyś Wisła. Dalej na zachód praktycznie nie znano kutii. Tymczasem jest to jedna z najdawniejszych jadanych w Polsce wigilijnych potraw. W zamierzchłej przeszłości spożywano ją na stypach zadusznych, zatem jej obecność podczas Wigilii jest reliktem dawnych obrzędów ku czci zmarłych, odprawianych przed wiekami w dzień zimowego przesilenia.

Bardzo stara tradycja nakazuje, że muszą być trzy podstawowe składniki kutii: zboże, mak i miód. Zboże uznawano za ziarno boskie, miód był wyrazem słodyczy, zaś mak - symbolem spokoju i spoczynku.  

Część kutii podrzucano w górę, ku niebu, aby zapewnić ziemi urodzaj. W domu trzymano ją w garnku na "pokuciu", czyli w kącie izby, najczęściej na stole pod obrazami świętych. Stała tam przez całe Święta, aby móc służyć za pokarm duchom zmarłych przodków.

Przepis na kutię:

2 szklanki pszenicy
2 szklanki maku
1,5 szklanki miodu 
1 szklanka rodzynków
garść migdałów lub orzechów włoskich






Pszenicę zalewamy wodą i zostawiamy na całą noc. Następnego dnia gotujemy do miękkości - może to potrwać nawet kilka godzin. Pszenicę odcedzamy i zostawiamy do ostygnięcia.










Mak zalewamy wrzątkiem i zostawiamy na kilka godzin. Następnie odcedzamy i gotujemy w wodzie i mleku (w proporcjach pół na pół - ja gotowałam w szklance wody i szklance mleka). 









Ugotowany mak odcedzamy i mielimy (mój był mielony czterokrotnie w maszynce do mięsa na najmniejszych oczkach). 














W misce mieszamy pszenicę ze zmielonym makiem, dodajemy wcześniej sparzone wrzątkiem rodzynki (ważne, by były miękkie). 












Do tego dodajemy miód - dałam gryczany.













Na koniec wrzucamy sporą garść posiekanych migdałów lub orzechów włoskich. 











Wszystko razem mieszamy i wstawiamy do lodówki na co najmiej kilka godzin. 







Do kutii można dodać też inne bakalie - daktyle, figi, a nawet skórkę pomarańczową (trzeba uważać, by nie było czuć goryczy). To bardzo słodka potrawa, więc je się zazwyczaj symboliczną ilość, aby jak mówi stara tradycja, w nadchodzącym roku towarzyszyło nam szczęście.

niedziela, 18 grudnia 2011

Szopka. Choinka w domu.

Dużo ludzi święta spędza na wyjazdach. My też tak mamy. Święta spędzamy u "rodziców/dziadków" co wiąże się z kursowaniem od jednego domu do drugiego.

Z tego powodu i aby poczuć trochę "Świat" u siebie w mieszkaniu ubieramy choinkę trochę wcześniej. W tym roku zrezygnowaliśmy z jodły kaukaskiej na rzecz świerku. Zapach w domu jest niesamowity.

Dodatkowo postanowiłem z dzieciakami zrobić własną szopkę bożonarodzeniową. Wykorzystaliśmy do tego nożyczki "kreatywne", które Pati dostała od Mikołaja, kolorowy papier, klej i tekturowe pudełko po jakiejś zabawce.



Nie miałem postaci/figurek do szopki więc postanowiłem coś narysować. Szablon, który wymyśliłem  wygląda tak:

Podkleiłem go tekturą i przykleiłem na podstawce (również tekturowej).



Szopka wyszła całkiem ciekawie, a zabawy przy tym mieliśmy mnóstwo!

czwartek, 15 grudnia 2011

Świąteczne kartki

Święta zbliżają się wielkimi krokami. W dobie smsów, mmsów i e-maili zanika zwyczaj wysyłania świątecznych kartek z życzeniami. Jednak wczoraj miałam jeden z tych dni, w których wstępuje we mnie energia do tworzenia. Wystarczyło kilka kartek kolorowego papieru, wydrukowane obrazki i kreatywne nożyczki Patrysi, z wymiennymi ostrzami. Dzięki tym kilku rzeczom po nieco ponad godzinie leżały przede mną te oto kartki:


Teraz zapakowane w koperty czekają na wysłanie, a Pati czeka na wizytę na poczcie, naklejanie znaczków i wrzucenie listów do pocztowej skrzynki :)

W ciągu najbliższych dni będziemy robić ozdoby na choinkę, pierniczki i może figurki z masy solnej, więc postaram się wrzucić małą relację ze zdjęciami.

czwartek, 8 grudnia 2011

Cebularz - symbol Lubelszczyzny?

Dziś Domi zobaczyła na facebooku reklamę promującą Lubelszczyznę. Na zdjęciu była dziewczyna trzymająca w ręku cebularza - bułkę, placek z kawałkami cebuli zapieczonymi na wierzchu.

Przypomina mi się też, że w Goraju (miejscowość na Roztoczu) co roku organizowane jest "Święto Cebuli". Skoro to warzywo jest takie popularne na Lubelszczyźnie nic dziwnego, że cebularz jest przysmakiem charakterystycznym dla tego regionu.

Jak tylko jesteśmy w Biłgoraju staramy się "ogarnąć" jakiegoś cebularza. Niestety te, które można kupić w Warszawie z cebularzami mają wspólną tylko nazwę. Nie wspomnę już o tym, że robione są z jakiegoś "chemicznego" proszku.

Pod wpływem wspomnianego zdjęcia promującego Lubelszczyznę Domi postanowiła upiec na wieczór kilka cebularzy. Efekt widać poniżej:


Ciepły cebularz z masełkiem na wierzchu - Pycha!

Teraz pozwolę Domi przejąć klawiaturę, aby podzieliła się przepisem:

Ciasto na cebularze:
1/2 kg mąki pszennej (dałam pełnoziarnistą)
50 g świeżych drożdży
1 szklanka mleka
60 g masła
2 łyżeczki soli
1 łyżka cukru
1 jajko

Na wierzch:
2-3 cebule
2-3 łyżki maku (z braku maku, dałam kminek)
1 łyżeczka soli
olej do podsmażenia cebuli

Przygotowanie:
Drożdże rozkruszyć w miseczce, dodać 1/3 szklanki ciepłego mleka, cukier i 2 łyżki mąki.Pozostawić do wyrośnięcia. W tym czasie podgrzać pozostałe mleko i rozpuścić w nim masło. Do miski wsypać mąkę, dodać sól, mleko z masłem i wyrośnięty rozczyn. Jajko roztrzepać i dodać do reszty składników, pozostawiając niewielką ilość do posmarowania placków. Zagnieść elastyczne, gładkie ciasto - powinno odstawać od ręki. Jeśli jest zbyt kleiste, dodać nieco więcej mąki. Zagniecione ciasto przykryć i odstawić do wyrośnięcia (na około 1,5 godziny).
Cebulę pokroić w kostkę i podsmażyć na oleju, dodając sól i mak.

Wyrośnięte ciasto podzielić na części (mi wyszło 12 sztuk - 4 duże i 8 małych). Rozwałkować na placki i ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Brzegi każdego placka posmarować roztrzepanym jajkiem, a na środek nałożyć podsmażoną cebulę. Pozostawić do wyrośnięcia na około 30 min.

Piekarnik nagrzać do 200 stopni Celsjusza i piec cebularze przez około 20 - 25 min.

Tak jak napisał Mariusz - najlepsze są jeszcze ciepłe, posmarowane masłem :)

wtorek, 6 grudnia 2011

Stadion w mieszkaniu. Kinect.

W ostatnich latach okres świąteczny zaczyna się zaraz po "Wszystkich Świętych". To chyba duch Świąt Bożego Narodzenia tak się rozrósł. Niestety jak byłem dzieckiem ten duch wyglądał zupełnie inaczej. Święta oznaczały rodzinę w komplecie. Pamiętam jak tato przyjeżdżał z pracy z Danii, w domu pachniała choinka, a tato przywoził ze sobą pudła bananów i pomarańczy. W tamtych czasach był to niebywały luksus i egzotyka. Dziś "święta" oznaczają szaleństwo zakupów. Gotowe potrawy wigilijne kupuje się w hipermarketach. Słyszałem nawet o sytuacji, że w jednym z domów jedną z dwunastu potraw były "czipsy".



Wracając do szaleństwa zakupów. Niestety ulegam mu jak większość ludzi. Oczywiście jak zwykle przesadziliśmy z "mikołajkami" dla dziewczynek. Dodatkowo w weekend szarpnęliśmy się na XBoxa z kinectem i kilka gier. Nigdy nie byłem fanem konsol, ale muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem urządzenia Microsoftu.

Od kilku dni w "dużym pokoju" mamy kręgielnie, stadion, plażę, szkołę tańca i wiele innych wspaniałych miejsc. Najfajniejsze jest to, że przy okazji tych gier człowiek bardzo dużo się  rusza. Można nabawić się zakwasów.

Stworzyłem sobie okazje do poruszania w zastępstwie capoeiry, która do końca roku została zawieszona. Z drugiej strony:

Człowiek zawsze znajdzie usprawiedliwienie i wytłumaczenie dla każdego szaleństwa jakiego się dopuści.

Sprawiłem sobie dodatkowego pożeracza czasu. Domi, która była na początku sceptyczna do tego zakupu szaleje teraz w kręgle, zumbę, boks i siatkówkę i z satysfakcją mówi, że dowiedziała się o istnieniu mięśni, o których istnieniu nie miała pojęcia.

niedziela, 27 listopada 2011

Szczęk szabli w metrze, dziegieć, smolarstwo, brzozowy dzień...

Na porządku dziennym jest widok człowieka czytającego książki w trakcie podróży metrem. Ja jako zapalony miłośnik literatury też tak czasem robię. Nie lubię jednak czytać w metrze na stojąco, a w godzinach szczytu niestety zdarza się, że nie upoluję miejsca siedzącego (nawet wsiadając na drugiej stacji od początku trasy pociągu).


Domi jednak ostatnio zakupiła trylogię Sienkiewicza w wersji audio. Na próbę wgrałem mp3 z pierwszym tomem "Ogniem i mieczem" na swojego IPoda (gadżeciarstwo? :P). Jest to super rozwiązanie w przypadku "oblężenia" metra :) Książka jest super. Opisy czasów szlacheckich są świetne. Życie ówczesnych ludzi opisane jest bardzo obrazowo.

Na marginesie. Śmieszne jest to, że nie czytało się Sienkiewicza w szkole, a wraca się do tego w wieku 30 lat.

W audiobooku często wspominana jest tajemnicza substancja zwana dziegciem (dziegieciem?). W książce opisywane jest, że ma nieprzyjemny zapach, ale służy jako środek do zachowania higieny, środek do odstraszania komarów czy "oleum" na rany zadane w bitwie.

Postanowiłem sprawdzić co to jest. Okazuje się, że produkcją tej substancji zajmowali się smolarze. Wytwarzali ją z drewna/kory brzozowej (lub bukowej) w smolarniach wykopanych w ziemi i uszczelnionych mchem, darniami i gliną. Co do wykorzystania dziegciu w sytuacjach opisywanych w "Ogniem i mieczem" to za odstraszanie komarów zapewne odpowiada charakterystyczny zapach,a za pozostałe sposoby użycia właściwości antyseptyczne i bakteriobójcze substancji. Nie wiem czy chciałbym leczyć się dziegciem, ale z chęcią zobaczyłbym jak wygląda, jak pachnie i najlepiej jak się go wytwarza.

Z tego co przed chwilą sprawdziłem na allegro można dostać dziegieć bukowy. Może kiedyś się skuszę.

Podobno w ramach utrzymywania tradycji dziegieć wytwarza się jeszcze w południowo-wschodniej Polsce, a więc prawdopodobnie w moich rodzimych stronach (Roztocze, Puszcza Solska). Może kiedyś uda mi się załapać na tego typu akcję szczególnie, że w internecie są jakieś informacje na ten temat.

Myślałem, że jakieś ciekawostki o smolarzach znajdę w książce "Ginące zawody w Polsce", którą jakiś czas temu kupiliśmy. Niestety, mimo opisu bardzo wielu zawodów i przede wszystkim bardzo interesujących fotografii,  o smolarstwie nie ma tam żadnych informacji. Samą książeczkę niemniej polecam.



Wczoraj ogólnie mieliśmy jakiś brzozowy dzień. Zanim pogrzebałem trochę w poszukiwaniu informacji o dziegciu w dzień na zakupach kupiliśmy "na próbę" soki brzozowe. Zobaczymy co z tym da się zrobić.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Tuczone świnie?

Zacznę od cytatu:

"(...)capoeira może być dla Pierwszego Świata narzędziem, które zadziała przeciwko siłom czyniącym z ludzi bezmyślne roboty bez pragnień, fantazji, ideałów, wyobraźni czy kreatywności; narzędziem zwalczającym cywilizację, która wmawia wszystkim, że trzeba pracować, a potem wrócić do domu i usiąść przed telewizorem z puszką piwa, jak świnia tuczona na rzeź." - Nestor Capoeira


Czy capoeira jest jedynym narzędziem, które może przeciwdziałać złu to sprawa dyskusyjna, ale opis dzisiejszej cywilizacji, opis współczesnych ludzi jest bardzo obrazowy i niestety prawdziwy.

Wielu z nas złapanych w pułapkę globalizacji, współczesnej cywilizacji czuje, że gdzieś tam może być inny świat. Bez stresu, bez zazdrości, bez wyścigu szczurów, bez smrodu spalin, bez syfu, który kupujemy w hipermarketach.

Tkwimy w tym, zarabiamy pieniądze, ale tracimy swój czas na tym świecie, dobrowolnie skracamy swoje życie wystawiając się na te wszystkie niekorzystne czynniki.

Fajnie byłoby realizować wszelkie swoje pomysły bez martwienia się o zaspokajanie podstawowych potrzeb.

Przy okazji. Wczoraj dorobiłem drobne rzeczy do mojej aplikacyjki na komórkę. Dzięki temu mogę zapisywać swoje kulki-bulki do pliku. Patrysia w dwóch z nich dopatrzyła się smoka i królika:

Smok

Królik








niedziela, 20 listopada 2011

Magnetyczna średnia

Zauważyliście, że w większości przypadków będąc w sklepie wybieramy produkty, które nie są najtańsze, ale również nie są najdroższe? Zazwyczaj wybieramy te "średnie".


Czytałem niedawno o ciekawym badaniu, w którym naukowcy sprawdzali wśród ludzi ilość pobieranego prądu. Jedni z badanych zużywali go więcej inni mniej. Naukowcy wyliczyli średnią i każdemu z badanych przekazali informacji o jego własnym zużyciu i o średniej w okolicy.

Po kilku tygodniach badanie powtórzono. Okazało się, że Ci którzy zużywali dużo prądu obniżyli swoje zużycie, a Ci którzy zużywali go mało (co było postawą zasługującą na pochwałę) zaczęli go zużywać znacznie więcej.

Przykładów na nasze dążenie do magnetycznej średniej można podać bardzo wiele. Podejrzewam, że każdy z nas podałby bardzo ciekawe sytuacje potwierdzające ten stan rzeczy.

Jeżeli jesteśmy w sytuacji kiedy powinniśmy walczyć z magnetyzmem średniej musimy sobie zakodować podstawową zasadę:

W TYM CO ROBIMY NIGDY NIE POWINNIŚMY RÓWNAĆ W DÓŁ

Dużo łatwiej byłoby, gdyby ludzie będący poniżej średniej byli o tym fakcie informowani, aby poprawić swoje nastawienie i działania. Natomiast ludzie powyżej nie powinni być świadomi tego, że wybiegają ponad przeciętność, gdyż to zabija w nich ducha walki.

sobota, 19 listopada 2011

Capoeira - szukanie wymówek?

Ostatnio poszedłem na kilka zajęć capoeiry. Po 15 minutach pierwszych zajęć byłem cały mokry. Zdawałem sobie sprawę, że zaniedbałem trochę swoją kondycję, ale nie myślałem, że do tego stopnia.



Capoeira jest super, bardzo mi się podoba jej ruch i to wszystko co otacza tę sztukę walki. W domu staram to trochę potrenować jednak... nie poszedłem na ostatnie 2 zajęcia.

Zdaje sobie sprawę, że to prosta droga, żeby to zaniedbać i porzucić.

Szukam sobie chyba wymówek. Że Mestre nie mówi po polsku (a nawet po angielsku) i ciężko się od niego uczyć, że mam słabą koordynację ruchową, że jest zimno, że jestem zmęczony ze względu na intensywny okres w pracy.

Część tych argumentów mógłbym podważyć fajnym cytatem jednego z ojców dzisiejszej capoeiry Mestre Pastinhy:

Capoeira jest dla mężczyzn, kobiet i dzieci; jedyne osoby, ktore nie potrafią się jej nauczyć, to te, które nie chcą.

Co do wymówek to jak zwykle w takiej sytuacji powinienem powiedzieć:

Jak się chce szuka się sposobu, jak się nie chce szuka się powodu.

Co do ruchu i wzmacniania kondycji - dobrze, że przynajmniej na drążku się podciągam w domu :P

Przy okazji. Jakby ktoś był zainteresowany to kilka fajnych lekcji z podstaw capoeiry można znaleźć na youtube.

http://www.youtube.com/watch?v=WV-Sf5-aCcc

piątek, 18 listopada 2011

Wściekłe dni



Kontroluję swoje życie, kontroluję swoje otoczenie. Większość z nas twierdzi, że tak jest i ta sama większość wewnątrz czuje, że nie jest to prawdą. Prawdą jest za to, że otacza nas zupełny chaos. Wokół ciągle się coś dzieje, ciągle coś się zmienia.

Jednak dzięki temu chaosowi, tym zmianom zdobywamy coraz więcej doświadczeń, stajemy się mądrzejsi. Powinniśmy więc witać zmiany z otwartymi rękoma, a nie negować je, opierać się im. Im więcej zmian zestroimy ze sobą tym nasze możliwości będą większe.

Ostatnie dwa tygodnie to u mnie kocioł, ale staram się w tym wszystkim szukać pozytywnych elementów. Najważniejszym z nich jest własnie nowa wiedza i doświadczenie.

Przy okazji ostatnio stwierdziłem, że trzeba odświeżyć nieco wiedzę techniczną. Kliknąłem małą aplikację na androida w celu zbadania technologii. Aplikacja szczególne wzięcie ma u moich córeczek :) Nie ma to jak uspokoić plączące w środku nocy dziecko dając mu do porysowania kulki (palcem po wyświetlaczu telefonu).

Przykładowe kulki (bulki?):

niedziela, 13 listopada 2011

Dlaczego robimy rzeczy, których nie chcemy robić?

Jak często robicie rzeczy, z którymi totalnie się nie zgadzacie? Mi ostatnio zdarzyła się taka akcja i zastanawiam się z czego to wynika.



Wydaje mi się, że powody mogą być dwa. Jeden to zaufanie w autorytet przełożonego i wiara (głupia?) w uczciwość jego intencji. Druga to "myślenie grupowe" i związana z nim potrzeba zachowania spójności w zespole kosztem zachowania własnych, krytycznych opinii dla siebie.

W pierwszym przypadku coraz bardziej zaczynam weryfikować własne poglądy. W większości przypadków chodzi o to żeby wycisnąć co się da z człowieka, przerzuć go, a jak już straci "swój smak" zwyczajnie wypluć.

Z wiarą w uczciwość intencji wiąże się też drugi wspomniany powód, a więc myślenie grupowe. Zazwyczaj myślenie to jest zgodne z celem lidera grupy. Ważne jest wyrażanie i wysłuchiwanie krytycznych opinii na temat wyzwań stojących przed zespołem. W sytuacji o której wspomniałem na początku zabrakło i jednego i drugiego czyli alternatywnych opinii i chęci zapoznania się z nimi.

Tu przypomina mi się fajny cytat z książki Kena Blancharda:

Jeśli zawsze zgadzasz się ze swoim szefem, jeden z was jest zbędny.

Podsumowując. Nie da się skutecznie działać zespołowo, jeżeli nie będzie się przekazywało i słuchało opinii  postrzeganych z różnych punktów widzenia. Zespoły myślące grupowo zachowują zgodę w relacjach międzyludzkich, ale poszczególni członkowie takiej grupy czują się często rozdarci wewnętrznie.

Przy okazji ostatnio rzucił mi się w oczy fajny obrazek:


sobota, 12 listopada 2011

Synergia czyli siła współpracy

Czy wiecie czym jest synergia? Najprostszą definicję daje następujące równanie:

JEDEN dodać JEDEN daje więcej niż DWA

Załóżmy, że mamy do przeniesienia ciężki mebel. Jeden człowiek nie jest w stanie go podnieść nie mówiąc już o przenoszeniu go na jakieś dystanse.Drugi człowiek, który stoi przed podobnym zadaniem ma ten sam problem. Jeżeli jednak obaj zabiorą się za to wspólnie mogą przenieść bardzo wiele takich ciężkich mebli, a  przynajmniej te dwa z którymi nie poradziliby sobie w pojedynkę.


Przykład ten można przenieść na bardzo wiele dziedzin życia więc pamiętajmy, że:

WSPÓLNIE MOŻEMY WIĘCEJ

środa, 9 listopada 2011

Rzeczy niewykonalne załatwiam od ręki. Na cuda trzeba poczekać?

Wczoraj jechałem z kolegą, kiedy dowiedział się o bardzo niekorzystnym obrocie spraw zawodowych. Stwierdził wtedy, że w tej sytuacji nie da się już nic zrobić.



Czy na pewno sytuacje, które uważamy za takie bez wyjścia są właśnie takie? Kiedyś wydawało mi się, że tak, ale ostatnio dochodzę do zdania, że to tylko my tak stwierdzamy (subiektywnie!). Nie staramy się dostrzegać innych dostępnych opcji. Mówimy:

Nic już nie da się zrobić!

Zamiast tego powinniśmy zadać sobie pytanie:

Co mogę zrobić w tej sytuacji? Jakie mam dostępne opcje?

Kiedy się nad tym zastanowimy na pewno znajdziemy jakieś rozwiązanie. Jedyne co musimy zrobić to mieć otwarty umysł i próbować dopasować kawałki układanki sukcesu, które nas otaczają. Na pewno takie kawałki są obok nas. Wystarczy spojrzeć w odpowiednie miejsce.

Jeżeli uważasz, że czegoś nie da się zrobić to bądź pewny, że przyjdzie ktoś inny i udowodni, że się mylisz. Jak będziesz się czuł w takiej sytuacji?

poniedziałek, 7 listopada 2011

Potrzeby i pragnienia

Czy zadawaliście sobie pytanie czy to co teraz robię będzie miało jakiekolwiek znaczenie za miesiąc, za rok, za pięć lat? Jak często odpowiedź na tego typu pytania do siebie okazywała się przecząca, a mimo to kontynuowaliśmy te nic nie znaczące działania?

Jak często marzyliśmy o czymś, a gdy już to dostaliśmy okazywało się, że nie jesteśmy szczęśliwi? Że jest nam ciągle mało i sięgaliśmy po więcej licząc na to, że to nas w końcu uszczęśliwi.

Przypomina mi się anegdota o tym, że człowiek na łożu śmierci nigdy nie żałuje, że nie zarobił w życiu więcej pieniędzy. Żałuje za to, że nie spędził więcej czasu z rodziną, że nie powiedział bliskim tego wszystkiego co chciałby powiedzieć.

Tylko realizacja prawdziwych potrzeb uczyni nas szczęśliwymi. Pogoń za pragnieniami sprawi, że będziemy cały czas głodni.

Warto więc się zastanowić czego naprawdę potrzebuję i zrobić to. W przeciwnym wypadku inni ludzie wykorzystają nas do realizacji swoich celów i potrzeb.

Na marginesie. Pisałem kilka miesięcy temu, że zacząłem szanować swój czas. Muszę sobie to ponownie przypomnieć bo coraz częściej wracam do domu późno i niepotrzebnie oddaje swój czas. Chyba ulegam trochę presji otoczenia i działam zgodnie z opisywaną wczoraj regułą społecznego dowodu słuszności.

niedziela, 6 listopada 2011

Sześć zasad wpływu społecznego

Co odpowiedzielibyście gdyby ktoś zapytał was o to czy cokolwiek lub ktokolwiek ma wpływ na Wasze decyzje?

Zapewne większość ludzi stwierdziłaby, że sami decydują o sobie, że sami są panami własnego losu, że decyzje jakie podejmują nie mają nic wspólnego z bodźcami z zewnątrz.



Okazuje się, że jest zupełnie inaczej. Na nasze decyzje wpływa wiele czynników z zewnątrz. Istnieje sześć zasad wpływu społecznego (dla ludzi zajmujących się psychologią to oczywistość, ale większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy):

reguła wzajemności - czujemy się zobowiązani do odwzajemnienia uprzejmości, których od kogoś doświadczyliśmy
reguła autorytetu - często oczekujemy, aż eksperci, mentorzy wskażą nam drogę
reguła zaangażowania i konsekwencji - działamy w zgodzie z podjętymi zobowiązaniami i wyznawanymi wartościami
reguła niedostępności - im mniej dostępne jest dane dobro tym bardziej go pragniemy
reguła sympatii - tym chętniej się z kimś zgadzamy i bardziej go lubimy
reguła społecznego dowodu słuszności - nasze działania i decyzje zależą od działań innych (otaczającej nas większości) ludzi

Część tego wpływu jest bardzo naturalna i wypływa ze zwykłych relacji między ludźmi, ale są osoby, które wiedzą jak świadomie wykorzystywać to do swoich celów i manipulować innymi.

W tej chwili na pewno moglibyście podać wiele przykładów, kiedy ktoś świadomie próbował coś wam sprzedać używając jednej z tych technik.

Ja ograniczę się do jednego przykładu, który jest podstawą genialnego marketingu firmy Apple. Pamiętacie kolejki jakie pojawiają się w momentach wypuszczania na rynek iPhona? Czy pamiętacie jak trudno dostępne były/są te urządzenia? Wg mnie świadomie tu manipulowano potencjalnymi nabywcami za pomocą reguły niedostępności i społecznego dowodu słuszności.

Przy okazji myślę, że marketing szeptany nie jest niczym innym jak kombinacją reguły sympatii oraz społecznego dowodu słuszności.

Ja od czasu kiedy dowiedziałem się o tych sześciu  zasadach (Roberta Cialdiniego) bardzo uważnie przyglądam się temu co się dzieje wokół mnie i staram się rozpoznać kiedy ktoś próbuje mną manipulować. Próbuję analizować dostępne opcje. Nie zawsze jednak to się udaje.

Warto być świadomym takich zagrań, aby nie realizować celów innych ludzi w zamian za rezygnację z własnych potrzeb i celów.

wtorek, 1 listopada 2011

Tonąc w głębinach informacji


Zalewają nas fale informacji. Skupiamy się na zdobywaniu coraz to większej wiedzy, która stała się dzięki internetowi towarem bardzo łatwo dostępnym, ale nic z tą wiedzą nie robimy.

Ja sam czytam ogromne ilości książek, ale tak naprawdę uświadomiłem sobie dziś, że wykorzystuje bardzo mały ułamek wiedzy, którą zdobywam. Dlaczego tak się dzieje?

Po pierwsze nie powtarzam i nie utrwalam sobie nabytych informacji i po drugie zdobywając wiedzę nie układam planów jej wykorzystania w praktyce.

Dopiero jak dobrze opanuje się jedno zagadnienie powinno się przechodzić do następnego.

Od dłuższego czasu planowałem powrócić do książek biznesowych, które już przeczytałem, ale teraz już wiem jak się do tego zabrać.

Element powtarzania wprowadzę przez ponowne czytanie już znanych pozycji oraz poprzez robienie skróconych notatek z przemyśleniami. W notatkach będę mógł od razu nakreślać potencjalne możliwości wykorzystania takiej wiedzy.

A więc jeżeli chcesz dobrze coś poznać:

  • Dawkuj informacje małymi porcjami, obserwuj otoczenie.
  • Powtarzaj, powtarzaj i jeszcze raz powtarzaj.
  • Przy każdym powtórzeniu zastanów się jak wykorzystać zdobyte informacje w praktyce, zapisz to i wprowadź w życie.

Przy okazji muszę odgrzebać zdjęcia z warsztatów Helmuta Gläsera i zrobić z tego porządne notatki zanim wszystko mi wyparuje z głowy. 

Odwrócona teoria spiskowa

Natknąłem się wczoraj na wspaniałe określenie. Czy wiecie kim jest odwrócony paranoik?

Odwrócony paranoik to osoba, która jest zwolennikiem teorii spiskowej, w której cały otaczający świat sprzysiągł się by działać na korzyść tej osoby i pilnuje by zawsze i wszystko jej się udawało.

Wydaje mi się, że takie pozytywne myślenie ściąga do Ciebie dobrze rzeczy, ludzie chętniej z tobą przebywają, chętniej ci pomagają, gdyż wiedzą, że to za co się zabierasz zawsze się udaje i warto na to poświęcać czas.


W tej chwili czuję, że moja odwrócona paranoja się pogłębi i życzę tego samego każdemu z czytelników wolnego tempa.

wtorek, 25 października 2011

Co nas blokuje?


Czy zastanawialiście się co blokuje nasze działania? Co blokuje nasze indywidualne ścieżki do sukcesu? Wydaje mi się, że głównym takim czynnikiem są bariery w nas samych?

Idziesz ulicą i nagle odczuwasz potrzebę roześmiania się na głos. Czy robisz to?

Nie!

Co by pomyśleli ludzie przechodzący obok Ciebie? Patrzyliby jak na kogoś nienormalnego?

Czy tańczysz w domu jak masz na to ochotę? Czy nie robisz tego bo ludzie z bloku obok mogą Cię zobaczyć?

Jestem ciekawy jak wyglądałby świat gdyby więcej osób potrafiło pokonywać te własne bariery, działać bez potrzeby akceptacji płynącej z zewnątrz.

Wydaje mi się, że najważniejsze to uświadomić sobie, kto tak naprawdę nas blokuje. I zadać sobie pytanie czy pozwolilibyśmy sobie sami na sukces, na to, żeby nam się udało.

niedziela, 23 października 2011

Nadrzędny cel - prywatna konstytucja


Pisałem ostatnio o prywatnej konstytucji. Powinna ona stanowić drogowskaz w różnych chwilach życia.

Stwierdziłem, że mam ogólny cel do którego chcę dążyć:

Zdobyć taką wiedzę, umiejętności i kontakty, które pozwolą mi realizować wszelkie zadania jakie sobie postawię.

I jak powinienem do niego dążyć:

Robić nowe rzeczy, a nie powtarzać na nowo te które już znam.

Łamię tutaj zasadę S.M.A.R.T.(Specific, Measurable, Actionable, Revelant, Timely), jednak wiem, że właśnie to jest dla mnie ważne. S.M.A.R.T. powinien być używany dla zadań wspomnianych przy tym celu ogólnym.

I teraz przyglądając się temu co robię trzeba odpowiedzieć na pytanie czy powtarzam to co znam, potrafię, w czym jestem już dobry. Założę się, że większość ludzi odpowie na to pytanie twierdząco. Z jednej strony można powiedzieć, że to droga równowagi, stabilizacji itp. A stabilizacja jest dobra. Jednak co się dzieje gdy w przyrodzie coś przestaje się zupełnie ruszać (totalnie się stabilizuje)? Taki organizm umiera, ginie.



Potrzebujemy zmian, żeby czuć, że żyjemy. Możemy czekać, aż taka zmiana nadejdzie z zewnątrz i nie będziemy mieli na nią wpływu lub poszukiwać i wybierać zmiany, które będą dla nas dobre. Druga opcja jest trudniejsza, gdyż musimy przełamać wewnętrzne lenistwo, które ładnymi słowami nazywamy dążeniem do stabilizacji.

Ja takie rozliczenie zrobiłem ostatnio u siebie. A żeby nie zapomnieć o tym jak niekorzystne jest się zupełne zestabilizowanie wydrukowałem i przyczepiłem opisany powyżej nadrzędny cel i sposób dążenia do niego na biurku w pracy.



piątek, 21 października 2011

niedziela, 16 października 2011

Szanse i łatwe ścieżki


Jakiś czas temu postanowiłem sobie stworzyć osobistą konstytucję. Lista myśli, które tam chce zawrzeć wciąż nie jest kompletna, a przybliżenia do tych przemyśleń notuję na wazneslowa.pl.

Pierwszą rzeczą jaką postanowiłem wpisać do takiej konstytucji są następujące słowa:

NIE REZYGNUJ Z SZANS (NAWET JEŚLI STANOWIĄ WYZWANIE) NA RZECZ SPRAW POWSZECHNYCH I ŁATWO DOSTĘPNYCH.

Dziś wpadłem na pomysł, że zrobię sobie do każdej z takich zasad prostą kartę, którą będę nosił przy sobie. Będę sobie w ten sposób przypominał to co jest dla mnie ważne.

Porysuję przy tym trochę, a jest to ostatnio czynność, która daje mi sporo relaksu :)

Myśli jak zwykle chodzą własnymi ścieżkami. Moje od tej zasady zawędrowały do refleksji nt. spraw zawodowych i to zarówno o firmie jak i swojej postawie oraz postawie moich kolegów:

JEŚLI SIĘ NIE ZMIENIASZ TO GINIESZ

Chyba czas sobie o tym przypomnieć bo długo się nie pociągnie na "odcinaniu kuponów".

sobota, 15 października 2011

W zdrowym ciele zdrowy duch

Przy okazji zakupów w hipermarketach zazwyczaj kupuje się rzeczy nadmiarowe. My jeździmy zazwyczaj z listą, ale i tak nie ustrzegamy się przed " niezbędnymi dodatkami".



Dziś padło na drążek rozporowy.

W domu ciężko zebrać się do jakiejś aktywności fizycznej. Czasem porobię pompki, czasem porozciągam ekspander, ale brakuje mi czegoś bardziej systematycznego. Co do aktywności "pozadomowej" ostatnio zapisałem się na capoeirę, ale na razie czekam na start grupy.



Taki drążek może być dobrym rozwiązaniem w domu. Przechodząc przez drzwi zawsze mogę się zawiesić na drążku i wykonać przy okazji jakieś ćwiczenie. Dodatkowo może to pozytywnie wpłynąć na mój bolący w ostatnim czasie kręgosłup - początkowo nawet nie pomyślałem o tym w kontekście drążka.

Jest jesień i trochę się obawiam pogorszenia stanu mojej aktualnej wagi (spadek o 12-13kg od początku roku), dzięki której odczuwam od kilku miesięcy znaczną poprawę samopoczucia i przede wszystkim odporności.

Wierzę, że zwiększenie aktywności pozwoli utrzymać mi ten stan do wiosny.

Domi równolegle zaczyna wprowadzać potrawy oparte na kaszy jaglanej - to też może nam pomóc. Wczoraj zrobiła z niej w połączeniu z odrobiną warzyw kotlety. Rewelacja! W smaku jak mielonczaki :)