czwartek, 24 marca 2011

Cel: S.M.A.R.T. - nadwaga

Ostatnio pisałem o celach S.M.A.R.T.. Spróbuję zdefiniować sobie taki cel. Zmiana jakiej chce (nie pisze chciałbym) dokonać to pozbycie się nadwagi. Aktualnie ważę ok 100kg. Założyłem, że chce tracić ok 1kg na tydzień. To dużo, ale trzeba być ambitnym.

S  - specific (konkretnie - co?)
Zminiejszyć wagę ciała
M  - measurable (mierzalnie - ile?)
do 85kg
A  - actionable (wykonalne - jak?)
przez jedzenie mniejszej ilosci(mniejsze talerze, bez dokładek), ograniczenie tłustych, kalorycznych potraw, wykonywanie ćwiczeń, bieganie
R  - revelant (istotne - po co?)
aby zmniejszyc obciążenie stawów, poprawić kondycję i sprawność, poprawić samopoczucie, poprawić wygląd, zmienić nawyki i dłużej żyć
T  - timely (okreslone w czasie - na kiedy?)
do 30 czerwca

niedziela, 20 marca 2011

Notatki: Pstryk - S.M.A.R.T.

Dużo czytam. Ostatnio z okazji urodzin (30) dostałem od Domi, kilka książek. Wśród nich była pozycja braci Chipa i Dana Heath pod tytułem "Pstryk" (książkę tą polecał mi niedawno kolega z pracy).

Czytając ją doszedłem do kilku przemyśleń, ale o tym może innym razem. Przed chwilą jednak dotarłem do fragmentu opisującego cele S.M.A.R.T.

Wydaje się, że sprawa jest oczywista, ale skoro tak to dlaczego większość ludzi wliczając w to mnie nie stosuje się to tego w życiu codziennym.

Jednak co ukrywa się pod tym skrótem?

S  - specific
M  - measurable
A  - actionable
R  - revelant
T  - timely

Czyli cele powinny być konkretne, mierzalne, wykonalne, istotne i określone w czasie. Należy więc zadać sobie pytania: co? ile? jak/czy da się to zrobić? po co? i na kiedy?

Wiele razy spotykałem się z tym, że należy wyznaczać sobie konkretne cele i dawać im dokładną datę realizacji, jednak model S.M.A.R.T. wyjątkowo mi pasuje (do tego stopnia, że postanowiłem usiąść i dodać notkę).

W sumie to chyba fajny pomysł, żeby zapisywać sobie takie rzeczy na wolnym tempie. Od dawna zauważyłem, że jak coś sobie zapiszę to lepiej do mnie to dociera.

Mam nadzieję, że jeszcze komuś się to przyda.

Ps. Nastawianie winka ryżowego jest w toku. Właśnie studzę nastaw, żeby dodać do niego matki drożdżowej.

sobota, 19 marca 2011

Aktualności: bułeczki z otrębów, matka drożdżowa na wino

Od dawna przymierzam się do nastawienia wina z ryżu. W końcu zabrałem się za to i przygotowałem wczoraj matkę drożdżową. Jak drożdże porządnie uaktywnią się za dzień lub dwa będę działał dalej.


Oczywiście jak będę miał już cały materiał to postaram się wrzucić tu fotorelację.

Czy uwierzycie, że bułeczki na zdjęciach poniżej zostały zrobione w domu? Ja nie mogłem uwierzyć jak Domi mi je pokazała. Bułeczki są zrobione z otrębów i przepięknie pachną. Niestety osobiście ich nie próbowałem bo mam rozkaz od "szefa generała" (Domi), żeby zrzucić kilka kilogramów, ale dzieciaki po prostu pochłaniały je.





Jak Domi będzie je robiła jeszcze raz to zrobimy fotoprotokół :)

czwartek, 10 marca 2011

Co nieco o miodzie

Od dawna przymierzam się do zrobienia własnego miodu pitnego. W końcu zdobyłem odpowiednie drożdże, a w ostatni weekend przywiozłem kilka słoików miodu z biłgorajskiej pasieki.


Sprzedający twierdził, że na miód pitny w sam raz będzie miód wielokwiatowy :) Faktycznie jest bardzo słodki. Do tego wzięliśmy jeszcze miód lipowy i gryczany bo dobrze wpływają na zdrowie i odporność organizmu. Gratisowo dostaliśmy jeszcze słoik miodu w postaci skrystalizowanej, idealnie nadającej się do smarowania np. na pieczywie.


Tyle rodzajów, tyle informacji, że postanowiłem poszperać i dowiedzieć się jak to jest z tym miodem.


Pierwsza ciekawostka to to, że w postaci płynnej miód nazywany jest patoką, a w skrystalizowanej krupcem. W przepisach na miód pitny widziałem te nazwy, ale nie wiedziałem co one oznaczają.


Wszędzie mówi się o zdrowotnym działaniu miodu, o tym iż hamuje on rozwój drobnoustrojów. Okazuje się, że te własności miód zawdzięcza wielu różnym składnikom, ale najważniejszym z nich jest oksydaza glukozy. Własności te wzmacniają się, gdy rozpuścimy nasz miód w letniej wodzie. Wtedy też wydziela się nadtlenek wodoru (woda utleniona), który ma działanie antybiotyczne.


I tu kolejna ważna rzecz. Woda musi być letnia, poniżej 40 stopni Celsjusza. Wyższa temperatura niszczy w miodzie składniki, które są najcenniejsze dla naszych organizmów.


Należy więc zapomnieć o słodzeniu herbaty miodem chyba, że jest ona już ostudzona :)

Co ciekawe miód działa pozytywnie na wiele dolegliwości. Na choroby górnych dróg oddechowych najlepiej stosować miód lipowy.


Na nadciśnienie, miażdżycę, choroby serca i nerek zalecany jest miód gryczany.


Zaś do leczenia alergii najlepszy jest miód wielokwiatowy, gdyż zawiera on w sobie pyłki wielu roślin. Dawkowane w małych ilościach przyzwyczajają nasz organizm do siebie.



Oprócz tego miód jest dobry na wrzody żołądka i różnego typu rany. Powszechnie stosowany jest jako zamiennik dla pomadek ochronnych do ust.


Jeżeli kogoś zainteresował temat odsyłam do literatury :) Ciekawie wygląda książka pod tytułem "Produkty pszczół w terapii - Zagadnienia wybrane".

Jak pisałem na początku ja z chęcią będę spożywał miód w innej postaci, w postaci miodu pitnego. Szkoda tylko, że trzeba na niego czekać tak długo.  Może przygotuję tu fotorelację z przygotowywania tego zacnego trunku.

niedziela, 6 marca 2011

Legendy - wytłumaczyć niewytłumaczalne.

Śpieszmy się, słuchajmy opowieści ludu, zanim on je zapomni, zanim będzie się rumienił z ich powodu i zanim jego dziewicza poezja, wstydząc się swej nagości, okryje się zasłoną jak Ewa wypędzona z raju.
Ch. Nodier

Świetny cytat. Idealnie opisuje to o co chodzi w "Bajkowym Zakątku". Nasz kraj ma tyle wspaniałych historii, a my uganiamy się za tym co serwuje nam Hollywood.

Zaczęło się od tego, że chcieliśmy nauczyć się przepisów świątecznych potraw naszych babć. Nikt z rodziny nie pomyślał o tym, że warto tą wiedzę zdobyć, a ludzie niestety nie żyją wiecznie. Systematycznie więc spisujemy, a nawet nagrywamy to co babcie nam przekazują.

A skoro już mamy stare rodzinne przepisy to warto zgłębić korzenie regionu, kraju z którego się wywodzimy. Ponieważ lubimy podróżować co roku planujemy weekendowe wycieczki by zobaczyć różne atrakcje często związane z polską kulturą i tradycją.

Prawie zawsze z takimi miejscami wiążą się niesamowite historie tłumaczące to co niewytłumaczalne i to doprowadziło nas do zbioru legend, które gromadzimy i przekazujemy naszym maluchom, którymi dzielimy się z innymi.

Im więcej miejsc i historii poznajemy tym więcej okazuje się, że zostało do odkrycia.

wtorek, 1 marca 2011

Warszawska jazda na "lekko różowym"

Większość z nas każdego ranka idzie do pracy zawsze tą samą drogą. Śpieszymy się i nie zwracamy uwagi na to co się dzieje wokół. Ja lubię obserwować co się dzieje. Na przeciwko mojego bloku jest szkoła i dwa przedszkola. Widzę rodziców odprowadzających roześmiane i rozbiegane maluchy. Widzę przeciążone plecakami z książkami do szkoły dzieci, widzę nastolatków ukrywających się lub nie z papierosami w dłoni.

Jednak zanim przejdę przez ulicę i znajdę się koło wspomnianych przedszkoli i szkoły mnóstwa emocji dostarczają mi światła na przejściu dla pieszych.

Nie ma bowiem dnia żebym idąc do pracy nie widział samochodów przejeżdżających na czerwonym świetle. Najczęściej jest to jak to nazywają w mediach  późne żółte lub jak to określa żartobliwie mój kolega "lekko różowe". Jednak zdarza się, że auta jadą na czerwonym jak dla pieszych już dawno świeci zielone światło.

Dziś akurat miałem komórkę w ręku i złapałem taką sytuację na krótkim filmiku. Auto widoczne na filmie wjechało na skrzyżowanie, gdy na górnym sygnalizatorze od kilku sekund było czerwone.


Zastanawiam się czy dla tych kilkunastu sekund warto ryzykować życie innych ludzi (w tym dzieci z przedszkoli, szkół), wiele lat swojego życia spędzonego w więzieniu i wyrzuty sumienia do końca swoich dni?

Kiedyś może się nie udać.

Żeby nie było, że tylko kierowcy są winni takim sytuacjom. Na tym samym przejściu bardzo często widzę też pieszych "daltonistów".

Tego typu przejść i sytuacji jest dużo więcej i nie tylko w Warszawie, ale w każdym polskim mieście.

Będąc przy tym temacie dodam, że będąc w Niemczech widziałem, iż gdy tylko człowiek zbliżał się do przejścia samochody natychmiast się zatrzymywały i przepuszczały pieszych. U nas często trzeba wskoczyć przed maskę samochodu, żeby przejść.