sobota, 29 grudnia 2012

Jestem twórcą nowej polskiej legendy o dębie Bartku

Ciekawostka świąteczna. Dostaliśmy w tym roku książeczkę z legendami wydaną przez Fundacje Fakt (tak, tak od tej gazety). Naszą uwagę przykuła legenda o dębie Bartku. Okazało się, że treść w dużej mierze pokrywa się z legendą, którą umieściliśmy na Bajkowym Zakątku prawie dwa lata temu. Pewnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt(sic), że legenda ta została wymyślona przeze mnie. Więc człowiek, który "adaptował" tekst musiał go "zaadaptować" od nas.


Z jednej strony to bardzo miłe, że historia o Bartku jest znana coraz szerzej, ale z drugiej strony wkurza takie "pożyczanie" opowieści i zarabianie na tym. Dobrze, że kasa ze sprzedaży tej książki idzie na cele dobroczynne.

niedziela, 9 grudnia 2012

TATO - Treningowo Akrobatyczny Teren Organiczny

Wieczory po całym dniu pracy, weekendy, święta. One już czekają na przybycie swojego placu zabaw, swojego treningowo akrobatycznego terenu organicznego, którego w skrócie nazywają TATO :)

Czasem jest fajnie, czasem denerwuje, czasem cieszy i czasem boli, ale z nikim innym dzieci nie bawią się tak jak z tatą.



Mój tato opowiadał jak kiedyś z młodszym bratem wspinaliśmy się na niego i siłowaliśmy się z nim. Teraz doświadczam tego samego, ale od swoich córek i to w takim stopniu, że na wszystko brakuje mi czasu.

Trzeba pamiętać, że z wiekiem czas ucieka coraz szybciej, a nigdy już nie uda nam się być w tym konkretnym momencie i skorzystać z obecnej chwili.

Więc korzystam. Zaciskam czasem zęby i korzystam :P

sobota, 1 grudnia 2012

Klepsydra czyli nasze życie

Spotkałem się dziś z ciekawym porównaniem. Nasze życie jest jak klepsydra, która w górnej części ma ściśle określoną liczbę ziarenek piasku. W jednej chwili na dół przesypuje się dokładnie jedno ziarenko i nie ma możliwości, żeby przesypywało się ich więcej bez popsucia klepsydry.


Klepsydra to my, nasze życie, nasze relacje z innymi, nasze zdrowie: fizyczne i psychiczne. Piasek to nasz czas i rzeczy, które możemy zrobić w trakcie naszego życia. Jeżeli próbujemy robić więcej niż jedną rzecz w danej chwili musi się to odbić (negatywnie) na naszych relacjach, na naszym zdrowiu, na nas. Psujemy naszą klepsydrę, piasek przesypuje się szybciej, a co za tym idzie ilość naszego czasu na tym świecie gwałtownie się zmniejsza.

Powinniśmy się więc skupić na jednej rzeczy w jednej chwili. Nie rozpraszajmy się tym co było, bo tego już nie zmienimy. Nie bójmy się przyszłości, bo nie jest ona ostatecznie określona i może się zmienić dzięki temu co robimy tu i teraz.

sobota, 17 listopada 2012

Kapusta kiszona z kminkiem. Przepis.

Kupowanie "gotowców" w sklepie jest na pewno wygodne w dzisiejszym "szybkim" świecie, ale warto jednak wiedzieć jak takiego gotowca się przygotowuje i jak to jest z jego wpływem na nasze zdrowie. Tym razem wziąłem na warsztat kapustę kiszoną. Okazało się, że oprócz fałszowania kapusty różnego rodzaju kwasami(oczywiście w celu przyśpieszenia produkcji i zwiększenia zysków) bardzo szkodliwe jest też przechowywanie jej w plastikowych opakowaniach. A właśnie w takiej formie kupujemy ją w sklepach.

Kupiłem więc kapustę i zrobiłem własną w domu. Jest więcej, taniej, bardziej zdrowo i przede wszystkim wiem co jem :)

Tak na marginesie kapustę kiszoną robi się bardzo łatwo. Pamiętam jeszcze jakim wydarzeniem było kiszenie kapusty u mojej babci. Siekanie warzyw na wielkiej szatkownicy, ubijanie jej w drewnianej beczce za pomocą wielkiej "maczugi"(przynajmniej tak zapamiętałem to narzędzie:) ).

Składniki do 10l garnka:
10kg kapusty
kilka marchewek
100g soli
kminek
ziele angielskie
liście laurowe

Ja użyłem nowocześniejszych metod. Kapustę zsiekałem w robocie kuchennym(trzeba zostawić sobie ze 2 liście na później). Starłem (również w robocie) marchewki. Wszystko wymieszałem w większej misce z solą i przyprawami i zacząłem ugniatać rękami.


Ugniatałem do momentu, aż kapusta w dotyku zaczęła przypominać miękką glinę (przynajmniej tak mi to się skojarzyło). Zaczęła też puszczać sok i zmniejszyła swoją objętość.


Następnie całość zapakowałem bardzo ściśle do kamionkowego garnka dokładnie ugniatając zawartość.


Gdy całość zostanie zapakowana do garnka, na wierzch układamy zostawione uprzednio liście kapusty i obciążamy za pomocą kamienia dociskowego. Ja takiego kamienia nie miałem więc zastosowałem metodę mojej babci. Włożyłem talerzyk i dociążyłem słoikiem wypełnionym wodą. Ważne jest aby sok z kapusty dokładnie przykrywał całą kapustę.




Garnek przykryłem szczelnie pokrywką i wypełniłem rowek przy pokrywce wodą, aby dodatkowo zwiększyć szczelność, a jednocześnie umożliwić odprowadzanie gazów(dwutlenku węgla).



Teraz pozostaje czekać i powstrzymać się od podglądania bo to (wpuszczenie tlenu) może zaszkodzić naszej kiszonce.

Ja już nie mogę się doczekać. Pamiętam jak u babci szklanką nabieraliśmy z beczki sok z kapusty kiszonej. Pyszności.

środa, 14 listopada 2012

Korporacyjny wyścig szczurów

Jestem. Żyje. Mimo, iż nie odzywałem się od dawna :)

Ostatnie tygodnie to kilka wiraży spowodowanych ekstremalnym zachowaniem ludzi w ekstremalnych warunkach tzw. "kryzysu i zaciskania pasa". W prawdzie "wyścig szczurów" nie jest niczym nowym, niczym czego nie widziałem i doskonale znam jego zasady, ale w obecnych warunkach zaczyna mnie on napawać obrzydzeniem oraz... strachem (może trochę niezrozumiałym) o rzeczy, za które czuje się odpowiedzialny, o które dbam i na które ostrzą sobie zęby inne osoby. Muszę sobie częściej powtarzać:

Prawie zawsze trzeba pozostawić to do czego jesteśmy przywiązani, aby móc ruszyć w dalszą drogę, odkrywać nieznane, zdobywać nowe i lepsze.


Z jednej strony wiem, że wygrywa ta "prawda", która jest częściej powtarzana, z drugiej strony osobiście wyznaję zasadę:

Nie przechwalaj się na próżno. Zaprezentuj swoją wartość w praktyce, a chwalić będzie cię wiele osób, a nie tylko jedna czyli Ty sam.

Do tej pory się sprawdzało. Zobaczymy jak będzie teraz...

sobota, 27 października 2012

Dzieci. Najlepsi nauczyciele.

Natknąłem się dziś na świetny fragment w książce MJ DeMarco "Fastlane milionera":

"Wejdź do przedszkola i zapytaj dzieci, ile z nich potrafi śpiewać. KAŻDE podniesie rękę. Zapytaj tę samą grupę ludzi o to samo 13 lat później. Tylko kilka rąk będzie w górze. Co się zmieniło? Dzieci w przedszkolu wierzyły, że potrafią śpiewać, ponieważ  nikt im nie powiedział, że nie potrafią".


Co więc ogranicza nas w robieniu tego na co mamy ochotę, przed realizacją marzeń? Czyżbyśmy to byli my sami i nasza dorosłość?

Coraz częściej stwierdzam, że małe dzieci są doskonałymi nauczycielami. Uczą nas tego co najważniejsze, tego o czym zapomnieliśmy dorastając i przesiąkając cywilizacją. Zachłanności życia, zachłanności poznawania, odwagi działania.

Obserwujmy dzieci... i uczmy się jak żyć.

wtorek, 23 października 2012

Marynowane gąski

Ostatnio dostaliśmy cały koszyk pięknych gąsek. Były ich dwa rodzaje: zielone i szare. 
Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie je zamarynować.


Gąski należy oczyścić, włożyć do dużej miski i zalać ciepłą wodą z dodatkiem soli. Zostawiamy je na jakiś czas w takiej kąpieli. Jeśli grzyby mają na sobie dużo piasku lub ziemi, należy je moczyć dłużej. Następnie miękką szczoteczką lub gąbką czyścimy gąski, a później kilka razy płuczemy zimną wodą, aby pozbyć się piasku.


Następnie gąski należy dwukrotnie ugotować. Zielone gąski (które mają żółtą barwę) gotujemy dłużej (gotowałam około 15 minut), a gąski szare krócej (około 10 minut), gdyż są delikatniejsze. Za drugim razem ugotowałam je już razem, około 10 minut. Do wody można dodać odrobinę octu, żeby grzyby nie straciły koloru. Gotowe gąski nakładamy do wyparzonych słoiczków.


I przygotowujemy zalewę: 2,5 l wody, 1/2 l octu, 6 łyżek cukru i szczypta soli. Wszystko razem zagotowujemy i gorącą zalewą zalewamy grzyby. Nie dodawałam żadnych przypraw, ale myślę, że śmiało można dodać np. gorczycę, a może nawet czosnek. Sama następnym razem na pewno nieco mocniej przyprawię grzybki. 


Po zalaniu gąsek zakręcamy słoiki i stawiamy do góry dnem. Zostawiamy do ostygnięcia.



sobota, 20 października 2012

Etykiety. Naklejki na sok winogronowy.

W tym roku nie robiliśmy soku z winogron i tym samym nie było okazji do zrobienia etykietek na sok. Ale... na prośbę jednej z czytelniczek "Wolnego tempa" postanowiłem takie etykietki przygotować :)

Wynik poniżej:

I szablon do druku:


Postaw na zmianę!!!

Jest weekend. Jest oddech :) Myślę, ze niedługo czeka mnie duża zmiana. Wygląda, że może to być zmiana na gorsze (jeśli nie na "fatalne"), ale jak to już wielokrotnie pisałem:

Trzeba się cieszyć zmianą. Zmiana jest twoją dobrą przyjaciółką, dzięki której możesz się rozwijać, odkrywać nowe nieznane lądy oraz zdobywać nowe skarby i bogactwa.


Bardzo często trzeba też zrezygnować z tego co już się ma i opuścić bezpieczną przystań. Ale... jak trudne jest zostawienie czegoś nad czym pracowało się miesiące lub nawet lata. Jakim to przepełnia lękiem...

Z drugiej strony:

Robienie ciągle tego samego i oczekiwanie odmiennych od dotychczasowych rezultatów jest totalną głupotą.

Jeżeli więc obecna sytuacja nie jest tym do czego dążysz:

Postaw na zmianę!
I powiedz sobie:

Jeśli nie ja to kto?!!

Nie bój się popełnianych błędów, bo dzięki nim tylko zyskujesz, zdobywasz odpowiednie doświadczenie, które jest największym skarbem. Ci, który są na tej samej drodze przed tobą również napotykali takie same przeszkody. A dzięki sile jaką zdobyli pokonując przeciwności mogli dotrzeć właśnie tam, gdzie są teraz.

wtorek, 16 października 2012

Określanie swoich celów. Ćwiczenie.

Wczoraj skończyłem czytanie "Planuj i bogać się" i dręczy mnie pewna myśl:

Czy wiem co aktualnie jest moim celem? Czy wiem po co pracuję? Po co wynajmuję swój czas?

Boję się odpowiedzi bo czuję, że zmierzam w kierunku "dożycia kolejnego miesiąca", a moim celem jest spłata kredytów czyli defacto zrobienie dobrze akcjonariuszom banku. A moim celem powinno być dobro moje, a nie banków. Najlepsze jest to, że wolałbym mieszkać w wolnostojącym domu, a nie w zamkniętej klatce jaką jest mieszkanie w bloku. O co więc chodzi? Po co to robić? I czy jest oprócz tego coś jeszcze?


We wspomnianej książce znalazłem coś czego po drobnej modyfikacji, rozszerzeniu i doprecyzowaniu chciałbym spróbować. Jest to ćwiczenie przekształcające marzenia w cele. Trzeba sobie zadać pytanie jak wyglądałoby moje wymarzone życie. Ponieważ jest to bardzo otwarte pytanie lepiej wspomóc się np. takimi pytaniami:

  • Gdzie mieszkam? Jak wygląda mój dom lub domy?
  • Jak wygląda moje zdrowie? Jak o nie dbam?
  • Czym się zajmuję? Gdzie pracuję? Skąd biorę środki na życie?
  • Gdzie i jak spędzam czas wolny? Gdzie jeżdżę na wakacje? W jaki sposób podróżuję?
  • Jak wygląda moja rodzina? Czym zajmują się najbliższe osoby?
  • Jak wyglądają moje relację z innymi ludźmi? Ilu mam przyjaciół? Jak często i w jaki sposób się z nimi spotykam?
  • i najważniejsze... ile mamy wtedy lat!
Jeżeli już to określimy to odpowiedzi na te pytania staną się naszymi celami. Teraz wystarczy opracować plan jak dojść do każdej z tych rzeczy? 

Według mnie warto tu zastosować metodę "dziel i zwyciężaj". Ponieważ określiliśmy datę kiedy to wszystko chcemy osiągnąć dzielimy czas do tego momentu na pół i określamy co w tym momencie uda nam się zrealizować ponownie odpowiadając na te pytania. Później znów dzielimy nasz czas na pół i powtarzamy czynność. Takie "ćwiartkowe" cele powinny być stosunkowo bliskie (osiągalne z) naszej obecnej sytuacji i powinniśmy zaplanować kroki jakie podejmiemy by dotrzeć do pierwszej ćwiartki.

Można też bardzo ogólnie określić sposób przejścia z "ćwiartki" do "połówki" i z "połówki" do całości czyli naszego wymarzonego życia. Oczywiście za jakiś czas można wrócić do tych planów i je poprawić oraz dostosować do zmieniających się warunków otaczającego nas świata.

Bardzo podobne ćwiczenie robiłem na szkoleniu po konkursie "Grasz o staż" w PwC i chyba czas na rewizję  swojego postrzegania różnych spraw.

Ćwiczenie warto wykonać z żoną, mężem lub partnerem życiowym. W końcu to ma być Wasza  wspólna, wymarzona przyszłość.

czwartek, 11 października 2012

Jak obrać dynię?

Moje pierwsze starcie z dynią wiązało się ze sporym dylematem dotyczącym twardej skórki. Próby obrania większego kawałka warzywa nie przynosiły żadnych rezultatów. W końcu udało mi się odkryć skuteczny i łatwy sposób na pozbycie się skórki.

Dynię należy przekroić na pół, wydrążyć nasiona i całość pokroić na mniejsze kawałki. 


Następnie za pomocą noża lub obieraczki do warzyw obieramy skórkę.
 Nie powinno to sprawiać to większych trudności.


Obrane kawałki wystarczy umyć pod bieżącą wodą i są już gotowe do krojenia.


Dynia jest świetnym składnikiem zup, ciast i placuszków.
 Można również robić z niej przetwory: marynaty, marmolady. 
Jest bogatym źródłem karotenu.


niedziela, 7 października 2012

Jak sprawdzić czy miód jest fałszywy?

Już po raz trzeci planuję przygotować miód pitny. W związku z tym postanowiłem napisać kilka słów o sprawdzaniu fałszywych miodów. Proste i szybkie testy jakie możemy wykonać to:

  • Upuszczenie kropli miodu na gładką powierzchnię. Prawdziwy miód nie będzie się toczył (Domi porównuje to do kropli wody na obrusie plamoodpornym :P). 
  • Gdy weźmiemy łyżkę miodu i wlejemy ją z powrotem do słoika powinna się utworzyć górka, a nie dołek.
  • Prawdziwy miód po jakimś czasie się krystalizuje.
  • Uwagę należy również zwrócić na miód, który wlewany ciągnie się jak nitka bo to oznacza, że prawdopodobnie został sfałszowany syropem owocowym lub ziemniaczanym.



Miód zafałszowany przez dodanie skrobi można rozpoznać gotując łyżkę miodu w szklance wody, a następnie dodając do niego dwie krople jodyny. Jeżeli mieszanka zabarwi się na czarno lub niebiesko oznacza to fałszerstwo skrobią.

A co do soków owocowych. W dzisiejszym świecie wygrywa ten, kto produkuje więcej i taniej. Nic dziwnego, że pszczelarze "pomagają" pszczołom podsuwając im pod ule soki owocowe czy wręcz zwykły cukier! Takie miody nie mają w sobie takich właściwości jak te od pszczół pracowicie zbierających nektar/pyłki z roślin, ale pszczelarze się bogacą. Osobiście myślę, że dziś ciężko znaleźć "niepodrasowane miody" w sklepie, a nawet bezpośrednio u pszczelarzy.

I sama krystalizacja. Miód jest płynny, ale tylko zaraz po jego zebraniu. Im więcej czasu upływa od jego zebrania tym bardziej powinien on być skrystalizowany. Widziałem gdzieś informację, że miód zebrany w danym roku już w okolicach listopada powinien się krystalizować. Jeżeli się nie krystalizuje to albo jest fałszywy, albo pszczelarz za bardzo i wielokrotnie go podgrzewał właśnie w celu uzyskania płynnej konsystencji. 

A każdy wie, że podgrzewanie miodu powyżej 40 stopni Celsjusza zabija w nim jego właściwości bakteriobójcze.

Cóż tym razem i ja zabiję te właściwości bo planuje sycić miód :P 

sobota, 6 października 2012

Pięć Przemian. Zaskoczenie.

Ostatnio pisałem, że planuję zapoznać się z dietą Pięciu Przemian. Wczoraj dotarła do mnie książka opisująca ten temat. Na razie jestem po lekturze kilku stron i muszę powiedzieć, że spotkało mnie spore zaskoczenie. Spodziewałem się książki podobnej do innych pozycji "dietetycznych", a znalazłem opis "właściwego" podejścia do życia i samego siebie. Opis bardzo zgodny z tym co ja myślę o otaczającym nas świecie i postrzeganiu samych siebie :)



Na dwóch stronach (a przeczytałem ich na razie 6 :P) znalazłem tyle cytatów poruszających różne tematy i motywujących do działania  że praktycznie powinienem przepisać/zacytować tu całość. Zostawię jednak coś na później, a dziś przedstawię Wam małą próbkę:

"Ważne jest też nauczenie się odmawiania, jeżeli ktoś proponuje ci, żebyś zrobił coś lub zachował się w sposób, który tobie nie odpowiada. To "nie" to absolutnie nie jest kłótnia z kimkolwiek, a twoje prawo do wyrażenia swojego zdania. Nie usprawiedliwiaj się, dlaczego masz inne zdanie, albo dlaczego nie masz ochoty czegoś zrobić."
Barbara Kuligowska-Dudek "Gotowanie według Pięciu Przemian"

Ja sobie czytam, a Domi wzięła się od razu do działania i zrobiła dziś pyszną zupę z dyni :) - oczywiście wg Pięciu Przemian.


niedziela, 30 września 2012

Zdrowie w Chinach

Jazda samochodem sprzyja słuchaniu radia. Po raz kolejny w niedzielę trafiliśmy na audycję Beaty Pawlikowskiej, w której opowiada o chińskim podejściu do zdrowia. O tym temacie pierwszy raz usłyszałem od Domi jak czytała "Blondynkę w Chinach".


Z ciekawostek, które utkwiły mi w pamięci to przede wszystkim fakt, że Chińczycy nie chodzą do lekarza jak się już rozchorują lecz chodzą do lekarza wtedy, gdy są zdrowi i własnie po to aby nie chorować. Unikają też wszelkiego rodzaju środków farmakologicznych, unikają współczesnej chemii. Ich lekiem jest odpowiedni sposób żywienia i aktywność fizyczna na świeżym powietrzu. Lekarz zaleca odpowiednie składniki pokarmowe, aby wzmocnić odporność odpowiednich narządów. Jedzenie jest lekiem.

Druga ciekawa sprawa to przekonanie, że człowiek rodzi się z pewną ilością wewnętrznej energii (czakry?), która w ciągu życia się wyczerpuje. Aby minimalizować wyczerpywanie tej energii Chińczycy nie jedzą "surowych" potraw. Jedzenie musi być ciepłe i ma dostarczać energii, a nie zabierać ją na ogrzewanie i trawienie surowych, "zimnych pokarmów".

Same zaś składniki pokarmowe można własnie podzielić na : gorące, ciepłe, neutralne, nawilżające i zimne. Trzeba z nich korzystać umiejętnie w zależności od warunków zewnętrznych.

Planuję bliżej się zapoznać z tajnikami tradycyjnej medycyny chińskiej i opartej o nią "Kuchni Pięciu Przemian". Zobaczymy co z tego wyjdzie.

piątek, 28 września 2012

Nalewka wiśniowa. Wiśniówka. Przepis. Etykiety.

W zeszłym tygodniu rozlałem do butelek wiśniówkę, którą nastawiłem w lecie. A w ten weekend nadarza się okazją, żeby podzielić się nią z rodziną więc przygotowałem odpowiednie etykiety. Wiśniówkę robiłem w nieco nietypowy sposób bo z tzw. wiśni szklanek (typowo robi się z późnych wiśni tzw. czarnych), ale wyszła wspaniale.

Składniki na butle 10l (ok 5l nalewki):
4-5kg wiśni
4l wódki
0,5kg cukru


Przepis:
Wiśnie myjemy. Część z nich (ok 1-1,5kg) wrzucamy do butli w całości, z pestkami i zasypujemy szklanką cukru.


Resztę wiśni drylujemy, uzupełniamy butlę do mniej więcej 3/4 objętości i zasypujemy kolejną szklanką cukru.


Następnie owoce zalewamy wódką, butlę zamykamy i odstawiamy w ciemne miejsce na kilka tygodni (6-8). Po tym czasie wiśniówkę można rozlewać do butelek, ale ja postanowiłem najpierw zlać ją do mniejszej butli i poczekać kilka tygodni, aby jeszcze lepiej się wyklarowała.



A na butelkach najlepiej umieścić etykietki :)


wtorek, 25 września 2012

Szał na belgijskie frytki


Frytki - temat rzeka, na który pewnie można by było napisać książkę. Frytki z fast foodów, które zawsze wyglądają tak samo i pewnie niewiele mają wspólnego z ziemniakami. Frytki z małych barów na dworcach, grube i oblepione tłuszczem. I frytki domowe, usmażone tak, jak się najbardziej lubi, we frytownicy lub garnku, a nawet na patelni.

Ostatnio w Polsce pojawiła się nowa moda - belgijskie frytki. Do tej pory jakoś niespecjalnie mnie interesowały. Ubóstwiałam nasze domowe frytki, smażone w garnku i zajadane z keczupem lub czosnkowym sosem. Ale dzisiaj nasze maluchy, przymusowo zamknięte w domu z powodu choroby, zażyczyły sobie frytek. I nagle pomyślałam, że sprawdzę na czym polega fenomen belgijskich frytek.


Po godzinie szperania na internetowych stronach miałam mniej więcej pojęcie co i jak. Tyle, że nie miałam w domu specjalnych ziemniaków, oleju z orzeszków ziemnych ani termometru do mierzenia temperatury oleju. A jednak w niczym mi to nie przeszkodziło :) Doszłam do wniosku, że cały efekt opiera się głównie na podwójnym smażeniu. Z ułańską fantazją postanowiłam zrobić to zachwalane wszędzie cudo, z postanowieniem, że jeśli nie będzie zjadliwe, wyląduje w koszu na śmieci, a ja nigdy więcej się za nie nie wezmę.

Zaczęłam oczywiście od obrania i dokładnego umycia ziemniaków.


 Następnie pokroiłam je w dość grube słupki i zalałam zimną wodą. Moczyły się około 15 - 20 minut.


Po tym czasie dokładnie osączyłam je na durszlaku i zostawiłam, aż obeschły z wody.


Teraz czas na olej. Rozgrzewałam go na oko, ale osobom, które nie czują się pewnie w kuchni i nie znają "zachowań" oleju na pewno pomoże termometr. Temperatura oleju przy pierwszym smażeniu powinna mieć około 120-140 stopni Celsjusza. Sprawę na pewno ułatwia też frytownica :)


Po 8 minutach smażenia wyjęłam frytki i zostawiłam na sicie, aby obciekły z oleju. Można je też rozłożyć na papierowych ręcznikach, które wchłoną tłuszcz. Frytki mają być blade!


Następnie rozgrzałam mocniej olej. Prawidłowo powinien mieć temperaturę 180 - 190 stopni Celsjusza. Ponownie wrzuciłam frytki i smażyłam około 3-4 minut, aż uzyskały piękny złocisty kolor. Wyjęłam je i ponownie osączyłam z tłuszczu na sicie.


Później wystarczy nieco posolić (jeśli lubicie) i wyłożyć frytki na talerz.
Nie mam pojęcia ile mają wspólnego z oryginałem, ale wyszły chrupiące z wierzchu 
i mięciutkie w środku. 
 Najlepsze są ponoć z majonezem i tak właśnie je zjadłyśmy :)

niedziela, 23 września 2012

Pękate butelki. Dostępność kamionkowych butelek na miód.

Ostatnio rodzice zrobili mi świetna niespodziankę. Mianowicie przywieźli mi kilka pięknych pękatych butelek na wino. Wczoraj z Patrysią urządziliśmy sobie akcję ich mycia. Niedługo przecież trzeba będzie do nich zlać tegoroczną produkcję z malin :)



Swoją drogą dostępność ciekawych butelek w Polsce jest praktycznie zerowa. Niedawno szukałem kamionkowych butelek na miód pitny. Sklepów oferujących ten towar nie było za dużo, a cena po jakiej można było kupić takie butelki wbijała w ziemię (kilkanaście - kilkadziesiąt złotych za sztukę). Na Allegro można było kupić za to całą paletę 1000 sztuk za ok 1000 euro (ok 4zł za sztukę). Cena jednostkowa akceptowalna, ale czy potrzebuję, aż 1000 sztuk? I gdzie to wszystko pomieścić jak się mieszka w bloku?

Porównując ofertę w sklepach i cenę hurtową wydaje się, że takie butelki kamionkowe to niezły interes. Jeżeli tylko "moda" na własną produkcję trochę by się rozwinęła to można by w to wchodzić.

Ostatnio pomyślałem, że fajnie byłoby założyć taką własną piwniczkę i sprzedawać w niej własne "specjały" i uczyć jak to zrobić w domu. Podobno przepisy nie sprzyjają w naszym kraju tego typu działalnościom, a szkoda bo we wszystkich ościennych krajach jest to wspaniała atrakcja.


sobota, 22 września 2012

Jesień i jej wpływ. Znów o śmierdzącym serze.

Dziś ostatni dzień lata. Jutro zaczyna się jesień. To wspaniała pora roku. Uwielbiam ją szczególnie wtedy, gdy wszędzie jest kolorowo od przygotowujących się do opadnięcia liści, a słońce pięknie świeci, obdarowując nas ostatnimi w roku ciepłymi promieniami.



Jednak jesień to nie tylko kolorowe liście. Już za chwilę stanie się zimno, ponuro i deszczowo. Dni staną się coraz krótsze. A to wszystko nie wpływa pozytywnie na nasze samopoczucie. Konieczne jest więc odpowiednie spojrzenie na tą sprawę i cieszenie się z tego co jest nam dane, tego co jest tu i teraz.

Jeżeli do tego dołoży się niepewność jaką przeżywa każdy z nas w ostatnim czasie, związana z tzw. "kryzysem", cięciami, oszczędnościami itp to depresja murowana. Ja zazwyczaj zaczynam wtedy czytać różne motywujące rzeczy. Pozwala mi to wyciszyć się, uspokoić i podejść do spraw bez emocji. W końcu:

Przeszłości nie zmienimy, przyszłości nie znamy, więc pozostaje nam jak najlepsze wykorzystanie teraźniejszości, cieszenie się każdą chwilą i dostrzeganie tego co jest w danym momencie dla nas naprawdę ważne.

Czasem jednak czuję, że moje spojrzenie nie jest odpowiednio obiektywne i zapętlam się w błahych sprawach, nie dostrzegam rzeczy oczywistych. Dobrze jest wtedy mieć kogoś, kto będzie powtarzał nam mantrę:

Skup się na sprawach ważnych dla CIEBIE!

Mnie zazwyczaj na "ziemię" sprowadza Domi lub wspomniane książki. Ostatnio Domi sięgnęła po "Kto zabrał mój ser?" i wykorzystuje na mnie moje własne metody co chwilę powtarzając, żeby "wąchać i sprawdzać czy ser nie śmierdzi".


Być może już czas by wejść do labiryntu i poszukać nowego sera? Ostatnio odnoszę wrażenie, że pojawia się coraz więcej okazji ku temu. A może szerzej otwieram oczy i dostrzegam rzeczy, których nie widziałem albo nie chciałem zobaczyć  wcześniej?

Myślę, że jak skończę serię o "Kłamcy" wrócę do króciutkich książeczek motywacyjnych Spencera Johnsona. Dobrze mi to zrobi :)

Dziś otworzyłem "Ser" i zobaczyłem takie oto słowa:

"Zmiany są nieuchronne
Odbiorą ci Ser

Przygotuj się na zmiany
Twój Ser na pewno zniknie

Obserwuj zmiany
Wąchaj swój Ser często, a będziesz wiedział, kiedy zaczyna się psuć

Szybko reaguj na zmiany
Im szybciej zrezygnujesz ze Starego Sera, tym wcześniej będziesz się cieszył Nowym

Zmieniaj się
Nie daj się wyprzedzić swojemu Serowi

Ciesz się zmianą
Zasmakuj w przygodzie i delektuj się Nowym Serem

Spodziewaj się zmian i ciesz się nimi
Odbiorą ci Ser"

Ale jak tu zostawić swój ukochany "serek"... :P

czwartek, 20 września 2012

Szczaw w słoikach na zimę

Zupa szczawiowa z ugotowanym jajkiem w środku zimy to nie lada przysmak. Wiem, że można kupić gotowy słoik szczawiu, ale ja bardzo niechętnie podchodzę do takich "sklepowych" produktów. Od dłuższego czasu staramy się robić własne przetwory, żeby jeść jak najmniej "chemii". Dlatego po raz kolejny zrobiłam własny szczaw w słoikach. Pomijając przebieranie listków, jest to dość szybki i łatwy sposób na cieszenie się szczawiówką w zimie. Potrzebne składniki to szczaw i odrobina masła.

Liście szczawiu dokładnie myjemy i odrywamy twarde ogonki.


Następnie lekko je osuszamy i kroimy.


Na patelni rozpuszczamy masło, po chwili dorzucamy pokrojony szczaw i smażymy. 
Usmażone listki nabierają ciemnozielonego koloru.



Gdy całość jest gotowa, nakładamy do słoiczków, zakręcamy i odwracamy do góry dnem. 
Dla pewności można je jeszcze zawekować. 


Należy pamiętać, że szczaw bardzo się redukuje. Z ilości pokazanej na powyższych zdjęciach wyszedł jeden  mniejszy słoik. Później wystarczy tylko ugotować warzywny bulion, dorzucić szczaw ze słoiczka, zabielić jogurtem naturalnym lub śmietaną, doprawić i wkroić ugotowane jajko - i mamy pyszną szczawiówkę :)