niedziela, 22 stycznia 2012

Wyjątkowe miejsca, wyjątkowe chwile.

Domi znalazła wczoraj wspaniały cytat, opis Biłgoraja - miasta, z którego oboje pochodzimy.


"W gasnącym świetle dnia wszystko wydawało się piękniejsze: kwiaty drzew bardziej wyraźne, wszystko było zielone, soczyste, promieniujące światłem zachodzącego słońca i aromatyczne...

Wydawało mi się, że te pola, łąki i mokradła, muszą przypominać ziemię Izraela. Świat wydawał się otwartym Pięcioksięgiem...

Między Zwierzyńcem, a Biłgorajem krajobraz był zachwycający. Jechaliśmy przez lasy i łąki mijając od czasu do czasu chatę krytą strzechą lub bielony domek kryty gontem.

Choć moja matka już wcześniej wychwalała Biłgoraj, okazał się ładniejszy nawet niż jej opisy. Otaczające go lasy wyglądały z oddali jak błękitna księga. Domy tonęły w ogrodach i sadach, stały przed nimi ogromne kasztany. W miasteczku panował błogi spokój, jakiego nigdy przedtem nie zaznałem, pachniało świeżym mlekiem i dopiero co rozczynianym ciastem. Wojny i nędza wydawały się być daleko stąd.

Dom dziadka, stary, zbudowany z pobielonych bali, o dachu porośniętym mchem i z ławą pod oknami, znajdował się w pobliżu bóżnicy, mykwy i przytułku dla ubogich.

Ciotka poczęstowała nas ciastem z suszonymi śliwkami, które smakowało jakby je upieczono w raju. Głosy ptaków, świerszczy i innych owadów dzwoniły mi w uszach, a kiedy uniosłem wzrok, zobaczyłem biłgorajską synagogę, a za nią pola rozciągające się do skraju lasu. Miały przeróżne kształty i barwy: kwadratowe, prostokątne, ciemnozielone i żółte...

Marzyłem, aby móc tutaj zostać na zawsze".

Isaac Bashevis Singer "A Day of Pleasure" ("Dzień Przyjemności")



Nie mogę powiedzieć, że tak to wygląda również teraz, ale ten fragment przypomniał mi pewną scenę z dzieciństwa.


Było lato. Mieszkaliśmy w starym, drewnianym domu. Przez wielkie, otwarte okno w kuchni napływało do domu rześkie, poranne powietrze. Nie było zimno bo budzące się słońce ogrzewało nas swoimi promieniami przebijającymi się przez liście oddalonego nieco drzewa rosnącego na przeciwko okna kuchennego.

Przez okno widzieliśmy mały ogródek, pełny zielonych warzyw i różnokolorowych kwiatów.

Mama zrobiła śniadanie. Biały ser ze śmietaną i świeżym szczypiorkiem przyniesionym przed chwilą z ogrodu.
Dodatkowo dostaliśmy świeży, jeszcze ciepły chleb z pobliskiej piekarni pani Olszewskiej. Chleb posmarowany był chłodnym masłem.

Panowała błoga cisza przerywana niekiedy śpiewem ptaków ukrytych wśród drzew i brzęczeniem pszczół zwabionych zapachem kwiatów w ogrodzie.

Było najzwyczajniej spokojnie. Wyjątkowo.


Dziś trudno o takie chwile. Dziś wszystko trzeba robić szybko, nie ma czasu, że by się zatrzymywać, a wszystko dokoła pomaga nam w tym, aby pracować szybciej i zarabiać więcej. A takie miejsca znikają z mapy Polski wypierane przez wszechogarniającą nas globalizację.

Mam nadzieję, ze kiedyś jeszcze uda mi się znaleźć takie chwile, pokazać je moim dzieciom.

2 komentarze:

  1. piękne, ach aż błogość ogarnia mą duszę... a tak brak czasu na taką rozkosz duchowo-cielesną, jak cieszenie się widokiem,smakiem i zapachem...w spokojnej zadumie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za komentarz :) Cieszę się, że ten wpis pozytywnie wpłynął na Pani samopoczucie. Życzę jak najwięcej takich chwil.

    OdpowiedzUsuń