wtorek, 3 czerwca 2014

Biegnij najwolniej jak się da


Kilogramy żelowatego tłuszczu zamknięte w nieforemnym, skórzastym worku. Słyszysz? Gotowi. Do startu. Start! I biegniesz. Najwolniej jak się tylko da. Bo tylko wtedy masz jakąś szanse. Tylko wtedy dasz radę.


Nienawidzę biegania. To takie męczące i nudne. Później wszystko boli. Ale bieganie ma łatwą barierę wejścia. Wystarczy wstać z kanapy i biec w przeciwieństwie na przykład do roweru po który trzeba naginać do piwnicy czy garażu i wyciągać przez wąskie drzwi, i wciągać po stromych schodach. Kłopotliwe prawda?

Z drugiej strony te kilogramy, którymi obrasta się w biurze, i których z wiekiem jest coraz więcej powoli i systematycznie nas zabijają. Coraz mniej jesteśmy ruchliwi, coraz częściej zalegamy z trunkami na kanapie "zabijając" stresy codzienności. Nie chcemy tego, a jednak nic z tym nie robimy, bo robienie czegokolwiek jest takie kłopotliwe.

Ludzie reagują na stres różnie. Jedni chudną inni tyją. Ja należę zdecydowanie do drugiej grupy. A stresu ostatnio miałem bardzo dużo.

Wracam jednak do tego nieszczęsnego biegania i wrodzonej nieruchliwości. Stwierdziłem, że aby przełamać się wystarczy zacząć "biegać inaczej". Nie będę przecież sprinterem bo na sprintera nie wyglądam, nie będę maratończykiem bo na maratończyka też nie wyglądam. Nie wyglądam nawet na zwykłego porannego, parkowego biegacza. Wyglądam jednak na "potężnego" chłopa, który czasem wychodzi na spacerek, który właśnie "biega inaczej", biega najwolniej jak się da.

Od tego trzeba więc zacząć. I może z czasem zmienię się. Będzie mniej kanapy. Będzie mniej stresu. Będzie mniej żelowatego tłuszczu pod moją skórą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz