środa, 1 sierpnia 2012

Welcome to Hel. Wyprawa pełna przygód.

W Warszawie straszny upał. Dosłownie nie ma czym oddychać, a do tego dochodzi smród spalin i ryk aut. Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu byłem na szybkim wypadzie na "półwyspie". A ile przygód przy tym było :P

Rano też budził nas upał i przejeżdżające obok kempingu pociągi, ale atmosfera była bardzo miła. Powietrze było przyjemnie schłodzone przez morską bryzę i wody zatoki. Zjedliśmy śniadanie, załadowaliśmy dzieciaki do fotelików na rowerach i jazda do Helu (celowo nie piszę "na Hel" bo ludzie tam spotkani nie mówili w ten sposób). Trasa z Jastarni do Helu jest bardzo przyjemna i cicha. Przez dużą część czasu jedzie się soczyście zielonymi lasami. Uzgodniliśmy z Domi, że nie będziemy się śpieszyć i jeżeli odczujemy potrzebę zatrzymania się, pobycia chwilę w jakimś miejscu czy zrobienia nawet banalnego zdjęcia to zrobimy to. Nic nas nie goni. I tak własnie robiliśmy.



W końcu dotarliśmy na miejsce. Planowo chcieliśmy zobaczyć fokarium i foki tam mieszkające i tu niespodzianka. Przejechaliśmy dookoła fokarium kilka razy i nic... żadnego stojaka na rowery, żadnego parkingu, żadnego porządniejszego słupa. Mówi się trudno. Stawiamy nasze rowery przy pobliskiej toalecie publicznej.

Do fokarium trafiamy akurat o godzinie 11 kiedy jest karmienie. Niezłe wyczucie czasu. Dziewczynom bardzo się podobało, ale czas ruszać dalej.  Jest upał nie można przecież spokojnie ominąć lodziarni. Kupujemy więc lody, zjadamy je i patrzymy jak szybko się topią w ostrym słońcu. Jak do tej pory wszystko jest super, ale...

Po chwili podchodzimy do rowerów. Odpinam kłódkę. Domi pakuje Gabi do fotelika, ja patrze na swoje koła i nie wierzę własnym oczom. Tylne koło jest przebite. Cholera, a przed wyjazdem myślałem, żeby zabrać ze sobą zapasówki. Z drugiej strony dziwne, że przed chwila to koło było jeszcze OK. Może komuś ten rower przeszkadzał? A może od słońca poszło. Chcę wierzyć w drugą opcję :)

Chwytamy telefon i szukamy w internecie najbliższego sklepu rowerowego. Jest. Jakiś kilometr od miejsca gdzie jesteśmy. Lecę pod znaleziony adres, a tam nic nie ma. Jakieś blokowisko. Żadnego sklepu. Na szczęście jest niedaleko wypożyczalnia rowerów. Pytam tam o sklep rowerowy i dostaję odpowiedź, że w Helu nie ma czegoś takiego, ale... opony mogę kupić w sklepie obok hali sportowej. OK. Idę. Szukam miejsca zgodnie ze wskazówkami chłopaka z wypożyczalni i okazuje się, że sklep ten jest ok 50 metrów od miejsca, w którym zostawiłem dziewczyny. Co ciekawe po drodze pytałem jeszcze kilka osób o ten sklep i nikt nie był w stanie mi pomóc.

Faktycznie pani w sklepie wielobranżowym obok hali sportowej okazała się bardzo pomocna. Miała szeroki wybór dętek i opon  rowerowych. Kupuję odpowiedni rozmiar do mojego roweru i naginam do parku w celu usunięcia usterki :) Na szczęście nie potrzebuje żadnych kluczy bo mój rowerek ma proste w użyciu zaciski. Opona pasuje, a dętka już nie. Okazuje się, że felga ma jakieś dziwne wąskie otwory na wentylki i za cholerę nie przecisnę tam nowej dętki. Nic to. Wracam do sklepu z pytaniem o inny rodzaj dętki. Niestety nie ma go więc wymieniam niepasującą dętkę na zestaw naprawczy. Będę kleił :) I tak siedizmy w parku z rozłożonym rowerem i wzbudzamy sensacje. Dość sprawnie udało mi się zakleić dziurę i doprowadzić rower do umiarkowanej sprawności. Ładujemy dzieciaki na foteliki i ruszamy w drogę powrotną. Wystarczy już przygód.



Wjeżdżamy na ścieżkę rowerową w lasach, o których pisałem na początku, przejeżdżamy ok 3km i nagle trach. Opona znów poszła :( Mam dość i nie mam zamiaru już bawić się w klejenie. Widać, że mój ciężar w połączeniu z jadącą z tylu na foteliku Pati to za dużo dla klejonej opony.

Czasem więc trzeba się cofnąć, żeby pójść dalej.

Wracamy na piechotę do Helu, na stację kolejową. Okazuje się, że za kilkanaście minut mamy pociąg do Jastarni z przewozem rowerów. Super. Pani zachowująca się jakby żyła w rzeczywistości PRL wylicza cenę za przejazd tych 18 km i okazuje się, że cena wynosi ponad 70zł. O co kaman? Okazuje się, że to jakiś ekspres. Cena zdecydowanie mi się nie podoba, ale okazuje się że 45 minut później jedzie osobówka, przejazd którą kosztuje już 20zł za cała rodzinę. Prędkość obu pociągów taka sama, czas podróży taki sam, a różnica w cenie ogromna. Kupujemy bilet do Jastarni, czekamy i po kilkudziesięciu minutach ruszamy pociągiem. Dzieciaki mają niesamowita frajdę, bo nie jechały jeszcze koleją :)


Dojeżdżamy do stacji Jastarnia i stwierdzamy, że zaryzykujemy przejazd jeszcze jedną stację dalej, bo wydaje się, że będzie to bliżej naszego kempingu. I faktycznie tak jest.

Domi z Gabi swoim rowerem jedzie na kemping, żeby przyprowadzić auto i zabrać mój rower na dach, a my z Pati ruszamy spacerem ich śladami.

Przechodzimy obok małego lotniska, ale coś mi tam dziwnie wygląda. Patrzę, brzózki mają jakoś dziwnie skoszone wierzchołki (pierwsze skojarzenie - Smoleńsk), ludzie się zbiegają, widzę straż pożarną. Przyglądam się w głąb lasu i widzę samolot zwisający z drzew. O cholera!

Idę dalej. Za chwilę podjeżdża Domi. Ładujemy rower na dach i jedziemy szukać sklepu lub serwisu rowerowego. Jest serwis. Okazuje się, że takie dętki jakiej potrzebuje są bardzo trudno dostępne, ale pan z serwisu z wielką chęcią rozwierci mi felgę, żeby można było założyć zwykła dętkę. I po chwili zastanowienia postanawiam pójść za tą radą. Za 2 minuty wiercenia i oponę płacę 35 zł. Biorąc pod uwagę czas poświęcony na wiercenie to cena zbliżona do ceny jaką za wiercenie bierze dentysta :P Ale rower jest sprawny. Koniec przygód na dziś. Szkoda tylko, że nie udało nam się pójść tego dnia na plażę, ale i tak było fajnie. Doświadczenia zdobyte - bezcenne :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz