piątek, 30 grudnia 2011

Czy czytanie książek zanika?

Wczoraj na Facebooku moją uwagę przykuła inicjatywa 52 książki . Zaciekawiona postanowiłam bliżej jej się przyjrzeć. Okazało się, że głównym założeniem jest przeczytanie 52 książek w ciągu roku. Czyli jednej tygodniowo.

Szybko zaczęłam rozglądać się po półkach, zastanawiając się ile książek sama przeczytałam. Doszłam do wniosku, że dużo. Książki to mój nałóg. Kupuję mnóstwo i dużo czytam. Owszem, zdarza mi się nie czytać przez dłuższy czas, ale gdy wpadam w cug, pochłaniam nawet po jednej książce dziennie. 

Zawsze czytałam dużo, ale od dłuższego czasu pochłaniam głównie fantastykę we wszelkiej postaci. A owa miłość została we mnie zaszczepiona przez męża, który 9 lat temu podsunął mi do przeczytania wiedźmińską sagę Andrzeja Sapkowskiego. 



Do tego dochodzi mitologia, którą często wykorzystuję na Bajkowym Zakątku. A ostatnio narodziła się we mnie mania książek kucharskich. Lubię pichcić praktycznie od zawsze, a w ostatnim czasie mam potrzebę eksperymentowania w kuchni, więc tego typu pozycje są jak znalazł. 

Jednocześnie zaczęłam słuchać audiobooków. "Ostatnie życzenie" Sapkowskiego to prawdziwe słuchowisko, "Ogniem i mieczem" też słucha się bardzo przyjemnie. Ale już sławetny "Zmierzch" czytany przez Annę Dereszowską wydaje mi się mdły i nijaki, ale może to wynika również ze specyfiki tej książki. 

Mimo wszystko uważam, że nic nie zastąpi tego zapachu drukarskiej farby, gdy otwiera się książkę po raz pierwszy. Tego szelestu kartek. Wracania do ulubionych książek nawet po wielu latach. A także tego, że mogą stać się niezwykłą pamiątką.

Kilka lat temu dostałam od swojej Babci kilka książek. I mimo, że nie mają ani okładek, ani wielu kartek, są dla mnie bardzo cenne. 


Co najmniej jedna z nich została przywieziona z USA przez mojego prapradziadka na Kresy, gdzie wówczas mieszkali. Rodzinna opowieść mówi, że podczas podróży powrotnej, na statku ograno go w karty ze wszystkich pieniędzy i w rezultacie zza oceanu przywiózł ze sobą tylko książki. Nie mam pojęcia ile w tym prawdy, ale fajnie znać takie historie :)


Patrząc na daty wydania książek, prawdziwym skarbem będą dla naszych Córeczek - wydane blisko 100 lat przed ich narodzeniem.


Osobiście uważam, że czytanie książek zdecydowanie zanika. Zwłaszcza wśród ludzi młodych, którzy wiecznie nie mają czasu, są zabiegani w dzisiejszym pędzącym świecie i wciąż pojawiających się technologiach. Dlatego podoba mi się inicjatywa 52 książki. Postanowiłam, że sama zrobię specjalną listę, na którą będę wpisywać to, co przeczytałam. Dziś znalazła się na niej pierwsza pozycja - "Zapach spalonych kwiatów" Melissy De La Cruz. Książka, która całkowicie mnie zaskoczyła i po przeczytaniu której znowu wylądowałam w mitologii nordyckiej. Swoją drogą - do szału doprowadzają mnie niektóre polskie tłumaczenia tytułów!

Podsumowując: czytajcie! Bo z czytaniem jest tak, jak z podróżowaniem - co zobaczysz i co przeczytasz, to twoje i nikt nie będzie w stanie ci tego odebrać.

czwartek, 29 grudnia 2011

Międzyświąteczna bieganina i wesoły Mikołaj

Okres między świętami, a Nowym Rokiem zazwyczaj bywa czasem spokoju. Ludzie wyjeżdżają na urlopy i zaczyna się ogólna senność/ospałość. Niestety u mnie jest zupełnie inaczej. Mam coraz więcej biegania, załatwiania, niespodziewanych okoliczności i co za tym wszystkim idzie stresu.

Jeżeli macie podobnie w ramach wyluzowania proponuje posłuchanie wesołego Świętego Mikołaja grającego na saksofonie :)


Co prawda już po "świętach", ale Mikołaj jest na tyle fajny, że postanowiłem się nim podzielić.

wtorek, 27 grudnia 2011

Wino malinowe - etykiety

Późnym latem, gdy w sezonie na maliny zaopatrzyliśmy się w spory zapas różnego typu przetworów z tych owoców. Przy okazji postanowiłem nastawić wino malinowe.  Z czystego lenistwa postanowiłem wykorzystać do wyciśnięcia soku sokownik. Musze przyznać, że efekt wyszedł całkiem niezły. Wino ma piękny, głęboki odcień czerwieni i przede wszystkim jest krystalicznie przejrzyste.

W święta tato zmotywował mnie bym w końcu zlał wino z butli do butelek I dziś się za to zabrałem. Nie zostało tego wina za dużo, gdyż w czasie produkcji trochę z Domi go degustowaliśmy :)

Dla zainteresowanych przepis:

1/2 10l butli soku z malin "ekologicznych" (sok z 8l sokownika z dodatkiem 1kg cukru + 1l surowego soku, który wytrącił się w misce z owocami)
1l wody wymieszany z 1kg cukru
drożdże winiarskie (matka drożdżowa)
pożywka dla drożdży

Wino ładnie fermentowało i po tym w miarę szybko się wyklarowało. Jednak przy pierwszej degustacji (po ok 8-9 tygodniach) stwierdziłem, iż jest ono nieco zbyt wytrawne i postanowiłem dodać nieco cukru. W tym celu sporządziłem mieszankę z 1/2l wody i 1/2kg cukru i dodałem to do nastawu. Oczywiście wzbudziło to dodatkową fermentację, ale tak jak poprzednio zakończyła się ona szybko i wino znów się wyklarowało. Po ok. miesiącu czyli dziś zlałem wino do butelek.

Przy okazji przygotowałem specjalne etykiety na moje domowe wino malinowe.


Winko ma też swoje miejsce do leżakowania. Nowiutki stojaczek na wino - MADE IN IKEA :P


A tak się prezentują etykiety na butelkach.

czwartek, 22 grudnia 2011

Kutia - kresowa potrawa wigilijna

Moja rodzina ma swoje korzenie na Kresach, czyli terenach należących do dzisiejszej Ukrainy. To właśnie stamtąd, "zza Buga" jak mówi moja Babcia, wywodzi się tradycja przyrządzania na wigilijną wieczerzę kutii.

Jest to potrawa typowo wschodnia, a jej zachodnią granicę stanowiła kiedyś Wisła. Dalej na zachód praktycznie nie znano kutii. Tymczasem jest to jedna z najdawniejszych jadanych w Polsce wigilijnych potraw. W zamierzchłej przeszłości spożywano ją na stypach zadusznych, zatem jej obecność podczas Wigilii jest reliktem dawnych obrzędów ku czci zmarłych, odprawianych przed wiekami w dzień zimowego przesilenia.

Bardzo stara tradycja nakazuje, że muszą być trzy podstawowe składniki kutii: zboże, mak i miód. Zboże uznawano za ziarno boskie, miód był wyrazem słodyczy, zaś mak - symbolem spokoju i spoczynku.  

Część kutii podrzucano w górę, ku niebu, aby zapewnić ziemi urodzaj. W domu trzymano ją w garnku na "pokuciu", czyli w kącie izby, najczęściej na stole pod obrazami świętych. Stała tam przez całe Święta, aby móc służyć za pokarm duchom zmarłych przodków.

Przepis na kutię:

2 szklanki pszenicy
2 szklanki maku
1,5 szklanki miodu 
1 szklanka rodzynków
garść migdałów lub orzechów włoskich






Pszenicę zalewamy wodą i zostawiamy na całą noc. Następnego dnia gotujemy do miękkości - może to potrwać nawet kilka godzin. Pszenicę odcedzamy i zostawiamy do ostygnięcia.










Mak zalewamy wrzątkiem i zostawiamy na kilka godzin. Następnie odcedzamy i gotujemy w wodzie i mleku (w proporcjach pół na pół - ja gotowałam w szklance wody i szklance mleka). 









Ugotowany mak odcedzamy i mielimy (mój był mielony czterokrotnie w maszynce do mięsa na najmniejszych oczkach). 














W misce mieszamy pszenicę ze zmielonym makiem, dodajemy wcześniej sparzone wrzątkiem rodzynki (ważne, by były miękkie). 












Do tego dodajemy miód - dałam gryczany.













Na koniec wrzucamy sporą garść posiekanych migdałów lub orzechów włoskich. 











Wszystko razem mieszamy i wstawiamy do lodówki na co najmiej kilka godzin. 







Do kutii można dodać też inne bakalie - daktyle, figi, a nawet skórkę pomarańczową (trzeba uważać, by nie było czuć goryczy). To bardzo słodka potrawa, więc je się zazwyczaj symboliczną ilość, aby jak mówi stara tradycja, w nadchodzącym roku towarzyszyło nam szczęście.

niedziela, 18 grudnia 2011

Szopka. Choinka w domu.

Dużo ludzi święta spędza na wyjazdach. My też tak mamy. Święta spędzamy u "rodziców/dziadków" co wiąże się z kursowaniem od jednego domu do drugiego.

Z tego powodu i aby poczuć trochę "Świat" u siebie w mieszkaniu ubieramy choinkę trochę wcześniej. W tym roku zrezygnowaliśmy z jodły kaukaskiej na rzecz świerku. Zapach w domu jest niesamowity.

Dodatkowo postanowiłem z dzieciakami zrobić własną szopkę bożonarodzeniową. Wykorzystaliśmy do tego nożyczki "kreatywne", które Pati dostała od Mikołaja, kolorowy papier, klej i tekturowe pudełko po jakiejś zabawce.



Nie miałem postaci/figurek do szopki więc postanowiłem coś narysować. Szablon, który wymyśliłem  wygląda tak:

Podkleiłem go tekturą i przykleiłem na podstawce (również tekturowej).



Szopka wyszła całkiem ciekawie, a zabawy przy tym mieliśmy mnóstwo!

czwartek, 15 grudnia 2011

Świąteczne kartki

Święta zbliżają się wielkimi krokami. W dobie smsów, mmsów i e-maili zanika zwyczaj wysyłania świątecznych kartek z życzeniami. Jednak wczoraj miałam jeden z tych dni, w których wstępuje we mnie energia do tworzenia. Wystarczyło kilka kartek kolorowego papieru, wydrukowane obrazki i kreatywne nożyczki Patrysi, z wymiennymi ostrzami. Dzięki tym kilku rzeczom po nieco ponad godzinie leżały przede mną te oto kartki:


Teraz zapakowane w koperty czekają na wysłanie, a Pati czeka na wizytę na poczcie, naklejanie znaczków i wrzucenie listów do pocztowej skrzynki :)

W ciągu najbliższych dni będziemy robić ozdoby na choinkę, pierniczki i może figurki z masy solnej, więc postaram się wrzucić małą relację ze zdjęciami.

czwartek, 8 grudnia 2011

Cebularz - symbol Lubelszczyzny?

Dziś Domi zobaczyła na facebooku reklamę promującą Lubelszczyznę. Na zdjęciu była dziewczyna trzymająca w ręku cebularza - bułkę, placek z kawałkami cebuli zapieczonymi na wierzchu.

Przypomina mi się też, że w Goraju (miejscowość na Roztoczu) co roku organizowane jest "Święto Cebuli". Skoro to warzywo jest takie popularne na Lubelszczyźnie nic dziwnego, że cebularz jest przysmakiem charakterystycznym dla tego regionu.

Jak tylko jesteśmy w Biłgoraju staramy się "ogarnąć" jakiegoś cebularza. Niestety te, które można kupić w Warszawie z cebularzami mają wspólną tylko nazwę. Nie wspomnę już o tym, że robione są z jakiegoś "chemicznego" proszku.

Pod wpływem wspomnianego zdjęcia promującego Lubelszczyznę Domi postanowiła upiec na wieczór kilka cebularzy. Efekt widać poniżej:


Ciepły cebularz z masełkiem na wierzchu - Pycha!

Teraz pozwolę Domi przejąć klawiaturę, aby podzieliła się przepisem:

Ciasto na cebularze:
1/2 kg mąki pszennej (dałam pełnoziarnistą)
50 g świeżych drożdży
1 szklanka mleka
60 g masła
2 łyżeczki soli
1 łyżka cukru
1 jajko

Na wierzch:
2-3 cebule
2-3 łyżki maku (z braku maku, dałam kminek)
1 łyżeczka soli
olej do podsmażenia cebuli

Przygotowanie:
Drożdże rozkruszyć w miseczce, dodać 1/3 szklanki ciepłego mleka, cukier i 2 łyżki mąki.Pozostawić do wyrośnięcia. W tym czasie podgrzać pozostałe mleko i rozpuścić w nim masło. Do miski wsypać mąkę, dodać sól, mleko z masłem i wyrośnięty rozczyn. Jajko roztrzepać i dodać do reszty składników, pozostawiając niewielką ilość do posmarowania placków. Zagnieść elastyczne, gładkie ciasto - powinno odstawać od ręki. Jeśli jest zbyt kleiste, dodać nieco więcej mąki. Zagniecione ciasto przykryć i odstawić do wyrośnięcia (na około 1,5 godziny).
Cebulę pokroić w kostkę i podsmażyć na oleju, dodając sól i mak.

Wyrośnięte ciasto podzielić na części (mi wyszło 12 sztuk - 4 duże i 8 małych). Rozwałkować na placki i ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Brzegi każdego placka posmarować roztrzepanym jajkiem, a na środek nałożyć podsmażoną cebulę. Pozostawić do wyrośnięcia na około 30 min.

Piekarnik nagrzać do 200 stopni Celsjusza i piec cebularze przez około 20 - 25 min.

Tak jak napisał Mariusz - najlepsze są jeszcze ciepłe, posmarowane masłem :)

wtorek, 6 grudnia 2011

Stadion w mieszkaniu. Kinect.

W ostatnich latach okres świąteczny zaczyna się zaraz po "Wszystkich Świętych". To chyba duch Świąt Bożego Narodzenia tak się rozrósł. Niestety jak byłem dzieckiem ten duch wyglądał zupełnie inaczej. Święta oznaczały rodzinę w komplecie. Pamiętam jak tato przyjeżdżał z pracy z Danii, w domu pachniała choinka, a tato przywoził ze sobą pudła bananów i pomarańczy. W tamtych czasach był to niebywały luksus i egzotyka. Dziś "święta" oznaczają szaleństwo zakupów. Gotowe potrawy wigilijne kupuje się w hipermarketach. Słyszałem nawet o sytuacji, że w jednym z domów jedną z dwunastu potraw były "czipsy".



Wracając do szaleństwa zakupów. Niestety ulegam mu jak większość ludzi. Oczywiście jak zwykle przesadziliśmy z "mikołajkami" dla dziewczynek. Dodatkowo w weekend szarpnęliśmy się na XBoxa z kinectem i kilka gier. Nigdy nie byłem fanem konsol, ale muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem urządzenia Microsoftu.

Od kilku dni w "dużym pokoju" mamy kręgielnie, stadion, plażę, szkołę tańca i wiele innych wspaniałych miejsc. Najfajniejsze jest to, że przy okazji tych gier człowiek bardzo dużo się  rusza. Można nabawić się zakwasów.

Stworzyłem sobie okazje do poruszania w zastępstwie capoeiry, która do końca roku została zawieszona. Z drugiej strony:

Człowiek zawsze znajdzie usprawiedliwienie i wytłumaczenie dla każdego szaleństwa jakiego się dopuści.

Sprawiłem sobie dodatkowego pożeracza czasu. Domi, która była na początku sceptyczna do tego zakupu szaleje teraz w kręgle, zumbę, boks i siatkówkę i z satysfakcją mówi, że dowiedziała się o istnieniu mięśni, o których istnieniu nie miała pojęcia.